Alena Barkun, Autor w serwisie Kancelaria Prawna Chałas i Wspołnicy
loader image
TWÓJ BIZNES – NASZA SPRAWA
Drugie logo
MENU ×
KANCELARIA ×
USŁUGI ×
ZESPÓŁ ×
PUBLIKACJE ×
DLA PRZEDSIĘBIORCÓW ×

Autor: Alena Barkun

Blog

Najdroższy proces to ten, którego można było uniknąć

Najdroższy proces to ten, którego można było uniknąć Przedsiębiorcy z natury lubią wygrywać. To właśnie determinacja, konsekwencja i gotowość do podejmowania trudnych decyzji bardzo często decydują o sukcesie w biznesie. Paradoks polega jednak na tym, że te same cechy mogą stać się przeszkodą w racjonalnym rozwiązywaniu sporów. Po ponad trzydziestu latach prowadzenia procesów gospodarczych doszedłem do wniosku, który dla wielu przedsiębiorców bywa zaskakujący. Największym sukcesem nie zawsze jest wygrany proces. Czasem największym sukcesem jest proces, którego udało się uniknąć. Nie oznacza to oczywiście, że przedsiębiorca powinien ustępować za wszelką cenę. Są sytuacje, w których droga sądowa jest jedynym racjonalnym rozwiązaniem. Zdarzają się kontrahenci, którzy świadomie naruszają umowy, wykorzystują dobrą wolę partnera biznesowego lub od początku zakładają, że druga strona nie zdecyduje się na wieloletni spór. W takich przypadkach stanowcza reakcja jest nie tylko uzasadniona, ale wręcz konieczna. Doświadczenie pokazuje jednak, że znaczna część sporów gospodarczych ma zupełnie inny charakter. Obie strony są przekonane o swojej racji. Obie dysponują argumentami. Obie wierzą, że wygrają. Problem polega na tym, że proces nie jest miejscem, w którym wygrywa ten, kto jest bardziej przekonany o słuszności swojego stanowiska. Wygrywa ten, kto potrafi swoje racje udowodnić, a nawet wtedy wynik postępowania nie zawsze jest łatwy do przewidzenia. Przedsiębiorcy często pytają mnie: „Jakie mamy szanse?”. To jedno z najtrudniejszych pytań, jakie można zadać pełnomocnikowi procesowemu. Dobry prawnik powinien uczciwie ocenić mocne i słabe strony sprawy, wskazać ryzyka i zaproponować strategię działania. Nie może jednak odpowiedzialnie zagwarantować określonego wyniku procesu. Proces gospodarczy nie jest równaniem matematycznym. To ocena materiału dowodowego przez sąd, często poprzedzona przesłuchaniem świadków, analizą wieloletniej współpracy stron i sporządzeniem opinii przez biegłych. Każdy z tych elementów niesie ze sobą ryzyko, którego nie da się całkowicie wyeliminować. Świadek może pamiętać zdarzenia inaczej niż oczekiwaliśmy. Biegły może wyciągnąć wnioski odmienne od stanowiska przedsiębiorcy. Sąd może inaczej ocenić znaczenie określonych dowodów. To nie oznacza, że proces jest loterią. Oznacza jedynie, że nawet bardzo dobrze przygotowana sprawa nie daje gwarancji sukcesu. Do tego dochodzi czynnik, którego przedsiębiorcy często nie uwzględniają na początku sporu – czas. W praktyce coraz mniej postępowań gospodarczych kończy się szybko. Jeżeli sprawa wymaga opinii biegłego, przesłuchania wielu świadków lub dotyczy skomplikowanej inwestycji czy projektu informatycznego, przedsiębiorca powinien liczyć się z tym, że prawomocny wyrok może zapaść dopiero po kilku latach. Jeżeli sprawa zostanie uchylona do ponownego rozpoznania, ten okres jeszcze się wydłuży. Przez cały ten czas konflikt pozostaje częścią życia przedsiębiorstwa. Angażuje zarząd, pracowników, księgowość i osoby odpowiedzialne za realizację projektów. Wymaga odnajdywania dokumentów, przygotowywania kolejnych wyjaśnień, uczestnictwa w rozprawach i konsultacji z pełnomocnikami. To nie tylko koszt wynagrodzenia kancelarii czy opłat sądowych. To koszt czasu, którego przedsiębiorca nie poświęca na rozwój firmy. A czasu nie da się odzyskać. Przedsiębiorcy bardzo dokładnie liczą koszty zastępstwa procesowego, opłaty sądowe czy wynagrodzenie biegłych. Znacznie rzadziej próbują policzyć koszt własnego zaangażowania, utraconych możliwości biznesowych, zamrożonych środków czy energii organizacji skupionej przez lata na jednym konflikcie. To właśnie te koszty bardzo często okazują się najwyższe. Dlatego pytanie, które warto sobie zadać przed wniesieniem pozwu, nie powinno brzmieć wyłącznie: „Czy wygramy?”. Znacznie ważniejsze jest inne. Czy wygrana rzeczywiście będzie dla przedsiębiorstwa zwycięstwem? W swojej praktyce spotykałem przedsiębiorców, którzy po kilku latach otrzymywali korzystny wyrok. Formalnie wygrali. Biznesowo zapłacili jednak za to bardzo wysoką cenę. W międzyczasie utracili wieloletniego klienta, zablokowali możliwość dalszej współpracy z ważnym partnerem albo przez lata angażowali znaczną część swojej organizacji w konflikt zamiast w rozwój przedsiębiorstwa. To właśnie dlatego dobrze wynegocjowana ugoda nie jest oznaką słabości. Jest często przejawem dojrzałości biznesowej. Przedsiębiorca decydujący się na ugodę nie rezygnuje ze swoich racji. Dokonuje świadomej oceny ryzyka i wybiera rozwiązanie, które z perspektywy całego przedsiębiorstwa może okazać się bardziej racjonalne niż wieloletni proces. Najgroźniejszym doradcą przedsiębiorcy bywa ambicja. To ona podpowiada, że „trzeba pokazać drugiej stronie”, „nie można odpuścić” albo „chodzi o zasadę”. Tymczasem rynek nie nagradza przedsiębiorców za liczbę wygranych procesów. Rynek nagradza tych, którzy potrafią podejmować dobre decyzje. Nie namawiam przedsiębiorców do unikania procesów. Sam od wielu lat je prowadzę i wiem, że w wielu sytuacjach są one niezbędnym narzędziem ochrony interesów firmy. Zachęcam jedynie do tego, aby decyzja o wejściu na drogę sądową była wynikiem chłodnej kalkulacji biznesowej, a nie emocji wywołanych zachowaniem drugiej strony. Proces powinien być ostatecznością, a nie pierwszym odruchem. Rolą dobrego pełnomocnika nie jest wyłącznie przygotowanie pozwu. Równie ważne jest powiedzenie klientowi, że w konkretnej sprawie ugoda może być rozwiązaniem korzystniejszym dla przedsiębiorstwa niż nawet bardzo obiecujący proces. Ostatecznie przedsiębiorstwo nie istnieje po to, aby wygrywać spory. Istnieje po to, aby budować swoją wartość, rozwijać biznes i osiągać zysk. Proces jest jedynie narzędziem ochrony tych celów, nigdy celem samym w sobie. Po latach praktyki jestem przekonany, że przedsiębiorców można podzielić na dwie grupy. Pierwsza koncentruje się na tym, aby wygrać spór. Druga zastanawia się przede wszystkim, jak wygrać przyszłość własnego przedsiębiorstwa. To właśnie ta druga grupa najczęściej odnosi trwały sukces. Bo w biznesie najdroższym procesem bardzo często okazuje się ten, którego można było uniknąć.   Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo gospodarcze

Blog

Proces wygrany, reputacja przegrana? Jak przedsiębiorca powinien reagować na krytykę influencera

Proces wygrany, reputacja przegrana? Jak przedsiębiorca powinien reagować na krytykę influencera Spór wokół działalności internetowego twórcy Książulo oraz kolejne publiczne wypowiedzi Kuby Wojewódzkiego pokazują, jak szybko pojedyncza publikacja może przerodzić się w ogólnopolską dyskusję. Niezależnie od tego, kto ma rację w konkretnym konflikcie, warto zwrócić uwagę na znacznie ważniejszy problem. Dla przedsiębiorcy największym wyzwaniem często nie jest sama krytyka, lecz sposób, w jaki na nią reaguje.Jeszcze kilka lat temu negatywna opinia docierała do ograniczonego grona odbiorców. Dzisiaj film jednego influencera może obejrzeć kilka milionów osób, a następnie zostać powielony przez media, portale społecznościowe i kolejnych komentatorów. W efekcie przedsiębiorca przestaje prowadzić spór z jednym klientem czy recenzentem. Zaczyna funkcjonować w rzeczywistości, w której każda jego decyzja może stać się materiałem do kolejnych publikacji.Naturalnym odruchem wielu firm jest pytanie: „czy możemy pozwać autora materiału?”. Z prawnego punktu widzenia odpowiedź brzmi: czasami tak. Z biznesowego punktu widzenia jest to jednak często niewłaściwe pytanie. Proces sądowy nie jest narzędziem do odbudowy reputacji. Może doprowadzić do uzyskania korzystnego wyroku, nakazu przeprosin czy nawet odszkodowania, ale zazwyczaj trwa wiele miesięcy, a niekiedy kilka lat. W tym czasie materiał funkcjonuje w internecie, jest komentowany, cytowany i wielokrotnie udostępniany. Nawet całkowita wygrana w sądzie nie zawsze oznacza odzyskanie zaufania klientów ani cofnięcie skutków kryzysu.Dlatego pierwszym zadaniem przedsiębiorcy powinno być nie przygotowanie pozwu, lecz ustalenie, z czym rzeczywiście ma do czynienia. Nie każda negatywna wypowiedź narusza prawo. Polskie przepisy chronią dobra osobiste przedsiębiorców, ale jednocześnie respektują wolność wypowiedzi i prawo do krytyki. Istotna jest różnica pomiędzy przedstawieniem nieprawdziwych faktów a wyrażeniem subiektywnej opinii. Jeżeli ktoś twierdzi, że w hotelu doszło do konkretnego zdarzenia, którego w rzeczywistości nie było, sytuacja wygląda inaczej niż wtedy, gdy stwierdza, że pobyt ocenia bardzo negatywnie. Granica pomiędzy tymi kategoriami bywa cienka, jednak z punktu widzenia procesu ma fundamentalne znaczenie.Przedsiębiorcy często popełniają jeszcze jeden błąd. Reagują emocjonalnie. Wysyłają ostre wezwania przedsądowe, publikują agresywne oświadczenia albo próbują prowadzić dyskusję w mediach społecznościowych. Tymczasem internet działa według własnych zasad. Im bardziej spektakularna reakcja, tym większe zainteresowanie odbiorców. Zdarza się, że samo pismo kancelarii staje się bohaterem kolejnego filmu, który osiąga jeszcze większy zasięg niż materiał wywołujący cały konflikt.Nie oznacza to oczywiście, że przedsiębiorca powinien pozostawać bierny. Wręcz przeciwnie. Powinien jednak działać według określonego planu. Pierwszym krokiem jest zabezpieczenie materiału dowodowego. Należy zachować nagrania, komentarze, daty publikacji, statystyki zasięgu oraz dokumentację dotyczącą okoliczności opisywanych przez autora materiału. Internet nie jest środowiskiem trwałym. Treści bywają usuwane, modyfikowane lub publikowane ponownie w zmienionej formie.Drugim etapem jest spokojna analiza. Czy publikacja zawiera nieprawdziwe informacje? Czy mamy dokumenty pozwalające je jednoznacznie obalić? Czy problem dotyczy całego materiału, czy jedynie jego fragmentu? Odpowiedzi na te pytania powinny poprzedzać każdą decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową.Trzecim elementem jest współpraca prawników z osobami odpowiedzialnymi za komunikację. W wielu przedsiębiorstwach są to dwa zupełnie odrębne światy. Tymczasem skuteczna strategia wymaga ich ścisłej współpracy. Oświadczenie publikowane przez dział marketingu może później zostać wykorzystane jako dowód w postępowaniu sądowym, a z kolei źle sformułowane pismo procesowe może wywołać kolejną falę negatywnych publikacji.W praktyce bardzo często najlepszym rozwiązaniem okazuje się szybkie przedstawienie faktów, przyznanie się do rzeczywiście popełnionych błędów i poinformowanie klientów o sposobie ich usunięcia. Taka postawa nie jest oznaką słabości. Wręcz przeciwnie – buduje wiarygodność i ogranicza ryzyko dalszej eskalacji sporu.Dopiero gdy przedsiębiorca ma do czynienia z publikacją zawierającą nieprawdziwe informacje, świadomie manipulującą faktami albo prowadzącą do realnych strat finansowych, warto rozważyć wykorzystanie środków prawnych. Także wtedy należy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki efekt chcemy osiągnąć. Czy celem jest usunięcie konkretnej informacji? Opublikowanie sprostowania? Przeprosiny? Odszkodowanie? Każdy z tych celów wymaga innej strategii.Spory z udziałem influencerów będą pojawiały się coraz częściej. Rosnące zasięgi twórców internetowych sprawiają, że ich publikacje mają dziś wpływ nie tylko na decyzje konsumentów, ale również na wyniki finansowe przedsiębiorstw. Zarządy powinny więc traktować zarządzanie reputacją jako element zarządzania ryzykiem prawnym, a nie wyłącznie zadanie działu marketingu.Największym błędem nie jest bowiem sama krytyka. Największym błędem jest przekonanie, że każdy kryzys reputacyjny można rozwiązać wyłącznie pozwem. Sąd może rozstrzygnąć spór prawny. Zaufanie klientów przedsiębiorca musi jednak odbudować znacznie wcześniej – i przede wszystkim poza salą rozpraw. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo dla influencerów i twórców internetowych

Blog

Najdroższy dokument w firmie to ten, którego nigdy nie sporządzono

Najdroższy dokument w firmie to ten, którego nigdy nie sporządzono Przedsiębiorcy często pytają mnie, jaka jest najczęstsza przyczyna przegranych procesów gospodarczych. Wielu oczekuje odpowiedzi dotyczącej źle skonstruowanej umowy, niekorzystnego przepisu albo błędu popełnionego przez pełnomocnika. Tymczasem doświadczenie prowadzi mnie do zupełnie innego wniosku. Najdroższym dokumentem w przedsiębiorstwie bardzo często okazuje się ten, który nigdy nie powstał. Nie chodzi o brak wielostronicowej umowy czy skomplikowanej opinii prawnej. Chodzi o krótki e-mail potwierdzający ustalenia ze spotkania, protokół odbioru, notatkę z rozmowy z kontrahentem, potwierdzenie zmiany terminu realizacji czy akceptację dodatkowych prac. Dokumenty, których sporządzenie zajmuje kilka minut, a których brak po kilku latach może kosztować przedsiębiorcę setki tysięcy złotych. Paradoks polega na tym, że najrzadziej brakuje ich wtedy, gdy współpraca układa się źle. W sytuacjach konfliktowych przedsiębiorcy stają się ostrożni, zaczynają pisać pisma, potwierdzać ustalenia i konsultować się z prawnikami. Problem pojawia się wtedy, gdy relacje są dobre. „Przecież się znamy.”„Pracujemy razem od lat.”„Nie ma potrzeby wszystkiego formalizować.” To zdania, które w swojej praktyce słyszałem setki razy. Nie ma w nich nic niewłaściwego. Biznes rzeczywiście opiera się na zaufaniu. Trudno wyobrazić sobie prowadzenie przedsiębiorstwa, w którym każda rozmowa kończy się podpisaniem protokołu. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy zaufanie zastępuje organizację. Kontrahenci się zmieniają. Zarządy ulegają zmianom. Pracownicy odchodzą. Pamięć ludzka zawodzi. To, co dziś wydaje się oczywiste, za dwa lata staje się przedmiotem sporu. W sądzie bardzo często nie wygrywa ten, kto lepiej pamięta przebieg wydarzeń. Wygrywa ten, kto potrafi je wiarygodnie odtworzyć. Dlatego od lat powtarzam przedsiębiorcom jedną zasadę: nie dokumentuj dlatego, że nie ufasz drugiej stronie. Dokumentuj dlatego, że za kilka lat żadna ze stron nie będzie już pamiętała wszystkiego tak samo. To ogromna różnica. Wielu właścicieli firm utożsamia dokumentowanie z brakiem zaufania. Tymczasem dobrze prowadzona dokumentacja chroni obie strony współpracy. Eliminuje nieporozumienia, porządkuje ustalenia i zmniejsza ryzyko konfliktu. Z mojego doświadczenia wynika, że krótki e-mail wysłany po spotkaniu częściej zapobiega procesowi, niż później pomaga go wygrać. To właśnie jest jego największa wartość.  W praktyce gospodarczej dostrzegam pewną powtarzającą się prawidłowość. Im większy sukces odnosi przedsiębiorstwo, tym bardziej upraszcza wewnętrzne procedury. To naturalny mechanizm. Zespół zna się od lat, projekty realizowane są szybko, decyzje zapadają sprawnie. Nikt nie chce spowalniać biznesu dodatkowymi formalnościami.W pewnym momencie ta sprawność zaczyna jednak działać przeciwko organizacji.Zmiana zakresu prac zostaje uzgodniona telefonicznie.Termin realizacji przesunięto podczas spotkania.Klient zaakceptował dodatkowe koszty, ale nikt tego nie potwierdził.Kierownik projektu odszedł z firmy.Po dwóch latach okazuje się, że przedsiębiorstwo nie utraciło swoich racji. Utraciło możliwość ich wykazania. Najczęściej nie jest to wynik czyjegoś zaniedbania. To efekt sposobu myślenia. Przedsiębiorcy koncentrują się na przyszłości. Rozwijają sprzedaż, inwestują, zdobywają nowych klientów. To właśnie powinno być ich rolą. Rzadziej zastanawiają się nad tym, czy organizacja pozostawia po sobie uporządkowany ślad własnych decyzji. A przecież każda firma każdego dnia pisze historię swojej działalności. Pytanie brzmi tylko, czy robi to świadomie. Dobrze zarządzane przedsiębiorstwo nie tworzy dokumentów dla prawnika ani dla sądu. Tworzy je dla siebie. Po to, aby za rok, trzy lub pięć lat móc bez wątpliwości odpowiedzieć na podstawowe pytania: co uzgodniono, kto podjął decyzję, dlaczego ją podjęto i jakie były jej konsekwencje. To nie jest biurokracja.To element odpowiedzialnego zarządzania. Coraz częściej spotykam przedsiębiorców, którzy inwestują znaczne środki w systemy informatyczne, automatyzację procesów czy rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji. To dobry kierunek. Warto jednak pamiętać, że nawet najbardziej zaawansowane narzędzia nie zastąpią zdrowych nawyków organizacyjnych. Jeżeli firma nie wypracowała kultury potwierdzania kluczowych ustaleń i porządkowania informacji, nowoczesna technologia jedynie szybciej utrwali istniejący chaos. To dlatego najdroższy dokument w przedsiębiorstwie tak często okazuje się tym, którego nigdy nie sporządzono. Nie dlatego, że był skomplikowany. Nie dlatego, że wymagał specjalistycznej wiedzy. Dlatego, że nikomu nie przyszło do głowy, iż kiedyś może okazać się potrzebny. Po latach prowadzenia sporów gospodarczych doszedłem do jeszcze jednego wniosku. Przedsiębiorcy zbyt często postrzegają dokumentację jako koszt prowadzenia działalności. Tymczasem dobrze prowadzona dokumentacja jest inwestycją. Nie tylko zwiększa bezpieczeństwo prawne, ale również porządkuje organizację, ułatwia podejmowanie decyzji i ogranicza liczbę nieporozumień wewnątrz firmy.Najlepiej zarządzane przedsiębiorstwa nie dokumentują wszystkiego. Dokumentują to, co ma znaczenie. I robią to nie dlatego, że obawiają się procesu.Robią to dlatego, że wiedzą, iż profesjonalnie prowadzony biznes powinien pozostawiać po sobie jasny, spójny i wiarygodny obraz podejmowanych decyzji. To właśnie z takich, z pozoru drobnych nawyków, buduje się bezpieczeństwo przedsiębiorstwa. A bezpieczeństwo, podobnie jak zaufanie, nie powstaje w chwili kryzysu. Buduje się je każdego dnia – często jednym krótkim dokumentem, którego sporządzenie zajmuje kilka minut. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo gospodarcze

Blog

Nowa definicja mobbingu – czy pracodawcy rzeczywiście mają się czego obawiać?

Nowa definicja mobbingu – czy pracodawcy rzeczywiście mają się czego obawiać? Senat przyjął bez poprawek ustawę zmieniającą przepisy Kodeksu pracy dotyczące mobbingu. Oznacza to, że po podpisaniu ustawy przez Prezydenta przedsiębiorców czekają jedne z najistotniejszych zmian w tym obszarze od ponad dwudziestu lat. Celem ustawodawcy jest ułatwienie pracownikom dochodzenia roszczeń oraz zwiększenie odpowiedzialności pracodawców za przeciwdziałanie niepożądanym zjawiskom w miejscu pracy. W przestrzeni publicznej pojawiło się już wiele komentarzy sugerujących, że odtąd niemal każdy konflikt w pracy będzie mógł zostać uznany za mobbing. Taka ocena jest jednak zbyt daleko idąca. Nowelizacja rzeczywiście rozszerza ochronę pracowników, ale jednocześnie porządkuje wiele zagadnień, które od lat budziły rozbieżności w orzecznictwie. Najważzą zmianą jest odejście od obecnej, bardzo rozbudowanej definicji mobbingu. Dotychczas pracownik musiał wykazać jednocześnie uporczywość i długotrwałość działań, ich określony cel lub skutek oraz szereg dalszych przesłanek wskazanych w art. 94³ Kodeksu pracy. W praktyce powodowało to, że nawet naganne zachowania często nie były kwalifikowane jako mobbing wyłącznie dlatego, że nie trwały wystarczająco długo. Ustawodawca uznał, że tak skonstruowana definicja nadmiernie utrudniała ochronę pracowników. Nie oznacza to jednak, że od tej pory jednorazowa sprzeczka z przełożonym lub krytyczna uwaga podczas zebrania będą stanowiły mobbing. Wręcz przeciwnie. Projekt wyraźnie odróżnia zachowania incydentalne od działań tworzących określony wzorzec postępowania. Nadal konieczne będzie wykazanie, że zachowania miały charakter powtarzalny, nawracający lub stały i prowadziły do naruszenia godności pracownika. To istotna wskazówka również dla sądów, które będą musiały odróżniać zwykłe konflikty organizacyjne od rzeczywistego mobbingu. Na uwagę zasługuje również wyraźne wskazanie, że mobbing może przybierać formę zachowań fizycznych, werbalnych i pozawerbalnych. Z jednej strony odpowiada to współczesnym realiom pracy zdalnej i hybrydowej, z drugiej zaś przypomina pracodawcom, że niewłaściwe zachowania mogą występować również za pośrednictwem poczty elektronicznej, komunikatorów, platform do wideokonferencji czy wewnętrznych systemów komunikacji. Jedną z najbardziej interesujących zmian jest odejście od całkowicie subiektywnej oceny sytuacji pracownika. Projekt wprowadza rozwiązanie określane jako model „racjonalnej ofiary”. Oznacza ono, że sąd będzie oceniał zachowanie nie tylko przez pryzmat indywidualnych odczuć osoby zgłaszającej mobbing, ale również z uwzględnieniem obiektywnych okoliczności sprawy. To rozwiązanie może paradoksalnie działać również na korzyść pracodawców, ograniczając możliwość opierania roszczeń wyłącznie na subiektywnym poczuciu dyskomfortu. Nowelizacja rozszerza także obowiązki organizacyjne przedsiębiorców. Dotychczas wiele firm ograniczało się do zamieszczenia kilku ogólnych postanowień w regulaminie pracy. Po zmianach takie podejście może okazać się niewystarczające. Pracodawcy zatrudniający co najmniej 10 pracowników będą zobowiązani do określenia reguł, procedur oraz częstotliwości działań związanych z przeciwdziałaniem naruszaniu godności pracowników, dyskryminacji i mobbingowi. Oznacza to konieczność stworzenia realnie funkcjonującego systemu prewencji, a nie wyłącznie dokumentu przygotowanego na potrzeby kontroli. W praktyce właśnie ten element może okazać się dla przedsiębiorców najbardziej wymagający. Coraz większego znaczenia nabierze dokumentowanie działań prewencyjnych, szkolenie kadry kierowniczej, właściwe prowadzenie postępowań wyjaśniających oraz regularna aktualizacja procedur. W razie sporu sądowego to właśnie te działania będą stanowiły jeden z najważniejszych argumentów świadczących o dochowaniu przez pracodawcę należytej staranności. Nie bez znaczenia pozostaje również wzrost ryzyka finansowego. Nowelizacja przewiduje podwyższenie minimalnej wysokości zadośćuczynienia za mobbing oraz wzmacnia ochronę osób zgłaszających naruszenia przed działaniami odwetowymi. W połączeniu z łatwiejszym dochodzeniem roszczeń oznacza to, że koszty zaniechania działań prewencyjnych będą dla przedsiębiorców znacznie wyższe niż dotychczas. Czy zatem pracodawcy powinni obawiać się nowych przepisów? Nie. Powinni natomiast potraktować je jako sygnał do uporządkowania wewnętrznych procedur i weryfikacji, czy funkcjonujące rozwiązania rzeczywiście odpowiadają współczesnym standardom zarządzania. Wbrew obiegowym opiniom nowelizacja nie oznacza automatycznego wzrostu liczby wygranych spraw o mobbing. Z pewnością jednak zwiększy znaczenie właściwej organizacji pracy, kultury zarządzania i skutecznych mechanizmów reagowania na pierwsze sygnały konfliktów. Największym błędem byłoby dziś oczekiwanie na pierwsze pozwy i dopiero wówczas rozpoczęcie budowy systemu przeciwdziałania mobbingowi. Znacznie rozsądniej jest potraktować nowe przepisy jako okazję do przeprowadzenia audytu obowiązujących procedur. W praktyce to właśnie poziom przygotowania organizacji będzie decydował o tym, czy nowelizacja stanie się dla przedsiębiorcy źródłem ryzyka, czy jedynie kolejnym elementem dobrze funkcjonującego systemu compliance. Autor Zbigniew CieślakRadca PrawnyKancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo pracy

Blog

Czy wspólnik może zniszczyć własną spółkę? O granicach prawa kontroli i odpowiedzialności za konflikt – Copy

Nieuczciwa konkurencja XXI wieku. Dlaczego firmy tracą przewagę, choć nikt nie kradnie dokumentów Najgroźniejszy konkurent nie zawsze wychodzi z firmy z teczką pełną poufnych dokumentów. Częściej wychodzi ze znajomością klientów, wiedzą o marżach, terminach odnowienia kontraktów, słabych punktach procesu sprzedażowego oraz przekonaniem, że skoro nie skopiował żadnego pliku, może tę wiedzę swobodnie wykorzystać. W gospodarce opartej na danych przewaga konkurencyjna coraz rzadziej mieści się w jednym dokumencie zatytułowanym „tajne”. Znacznie częściej jest rozproszona pomiędzy systemem CRM, historią korespondencji, narzędziami analitycznymi, sposobem kalkulowania ofert, doświadczeniem zespołu i dziesiątkami drobnych decyzji operacyjnych. Ponadto, dla wielu przedsiębiorstw najcenniejszym zasobem nie jest już technologia chroniona patentem ani dokumentacja produktu. Jest nim wiedza pozwalająca działać szybciej, taniej i skuteczniej niż konkurenci – sposób kwalifikowania klientów, historię negocjacji, zasady udzielania rabatów, rentowność poszczególnych kontraktów, terminy planowanych zakupów, relacje z osobami decyzyjnymi, procedury obsługi reklamacji, warunki współpracy z dostawcami, instrukcje działania w sytuacjach kryzysowych czy wypracowany proces przygotowywania ofert. Polskie przepisy uwzględniają tę rzeczywistość. Tajemnicą przedsiębiorstwa mogą być informacje techniczne, technologiczne, organizacyjne oraz inne informacje posiadające wartość gospodarczą, jeżeli nie są powszechnie znane ani łatwo dostępne, a przedsiębiorca podjął z należytą starannością działania w celu utrzymania ich w poufności. Ochronie może podlegać również szczególne zestawienie informacji, nawet jeśli nie każdy z jego elementów byłby chroniony oddzielnie. Warto mieć jednak na uwadze, że współczesne przejęcie know-how nie musi przypominać kradzieży dokumentów i może polegać na wyeksportowaniu fragmentu bazy klientów, wykonaniu zrzutów ekranu z systemu, przesłaniu materiałów na prywatny adres e-mail albo zachowaniu dostępu do chmurowego narzędzia po zakończeniu współpracy. Nie zawsze dochodzi przy tym do skopiowania kompletnej bazy czy całej procedury. Czasem wystarczy kilka informacji, np.: które kontrakty wkrótce wygasają, który klient jest niezadowolony z obsługi, jaka marża jest akceptowalna dla danego projektu, kto odpowiada za decyzję zakupową albo jaki argument przesądził o zawarciu umowy itp. Jeszcze trudniejsze są sytuacje, w których były pracownik lub współpracownik odtwarza u konkurenta cały mechanizm działania poprzedniej firmy. Nie przenosi gotowej instrukcji, lecz rekonstruuje proces, tj. sposób budowania ofert, kolejność kontaktu z klientem, stosowane wskaźniki, schemat negocjacji, kryteria oceny rentowności czy model współpracy z podwykonawcami. Z perspektywy prawa decydujące nie jest to, czy zabrano fizyczny dokument. Czynem nieuczciwej konkurencji może być samo bezprawne pozyskanie, wykorzystanie albo ujawnienie cudzych informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa. Ustawa wprost wskazuje między innymi na nieuprawniony dostęp oraz kopiowanie dokumentów, materiałów i plików elektronicznych, ale katalog tych sposobów nie jest zamknięty. Sąd Najwyższy (II PSK 379/21) uznał również, że skopiowanie na prywatny nośnik bazy zawierającej niepubliczne informacje może stanowić naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa, nawet gdy dane nie zostały jeszcze przekazane konkurentowi. Już samo znalezienie się ich w rękach osoby nieuprawnionej może stworzyć możliwość wykorzystania ich przeciwko dotychczasowemu pracodawcy. W tym samym oorzeczeniu podkreślono, że szczegółowa baza klientów i potencjalnych klientów może mieć samodzielną wartość gospodarczą, ponieważ powstaje przez lata i odzwierciedla realną wiedzę o rynku, a nie tylko publiczne dane teleadresowe. Oczywiście nie można utożsamiać każdej wiedzy wyniesionej z poprzedniego miejsca pracy z tajemnicą przedsiębiorstwa. Pracownik ma prawo rozwijać swoją karierę, zmienić pracodawcę, założyć własną firmę i korzystać z uczciwie zdobytego doświadczenia oraz umiejętności. Unijne regulacje dotyczące tajemnic przedsiębiorstwa wyraźnie zastrzegają, że ochrona poufnego know-how nie powinna służyć ograniczaniu korzystania przez pracowników z doświadczenia i umiejętności zdobytych uczciwie w zwykłym toku zatrudnienia. W praktyce trzeba więc rozróżnić ogólne kompetencje człowieka od informacji należących do organizacji. Im bardziej wiedza jest precyzyjna, aktualna, związana z konkretnymi kontrahentami, cenami, planami lub procesami i im wyraźniej była objęta ochroną, tym silniejsze mogą być argumenty, że nie jest jedynie zawodowym doświadczeniem.Dlatego też najlepszy moment na ochronę know-how nie następuje po odejściu kluczowego pracownika a zaczyna się wtedy, gdy firma identyfikuje informacje, które rzeczywiście dają jej przewagę i które powinny podlegać specjalnej ochronie. Przedsiębiorstwo powinno wiedzieć, które dane są krytyczne, kto z nich korzysta, gdzie są przechowywane i jak można wykazać ich poufny charakter. Następnie trzeba ograniczyć dostęp, uporządkować umowy, wdrożyć zasady korzystania z prywatnych urządzeń i kont, kontrolować eksport informacji oraz przeprowadzać rzeczywisty offboarding. Szczególnej uwagi wymagają dzisiaj narzędzia chmurowe, komunikatory, systemy CRM, prywatne skrzynki pocztowe i narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję. Pracownik może bowiem ujawnić poufną informację nie tylko celowo, ale także przez wklejenie jej do niewłaściwego systemu, przesłanie na prywatne konto albo zapisanie w aplikacji, nad którą przedsiębiorca nie ma kontroli. Nieuczciwa konkurencja XXI wieku rzadko przypomina scenę z filmu szpiegowskiego. Częściej zaczyna się od zwykłego dostępu do systemu, rozmowy z klientem, eksportu tabeli, zachowanego hasła albo przekonania, że wiedza zdobyta w organizacji automatycznie należy do osoby, która ją poznała. Firmy tracą przewagę nie dlatego, że ktoś zabrał jeden wyjątkowy dokument. Tracą ją dlatego, że przestają kontrolować informacje, relacje i procesy, z których ta przewaga została zbudowana. Autor: Mikołaj Chałas Partner, Adwokat Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo zwalczania nieuczciwej konkurencji

Blog

Czy wspólnik może zniszczyć własną spółkę? O granicach prawa kontroli i odpowiedzialności za konflikt

Czy wspólnik może zniszczyć własną spółkę? O granicach prawa kontroli i odpowiedzialności za konflikt Prowadzone w mojej dotychczasowej praktyce spory korporacyjne właściwie zawsze miały ten sam schemat. Problem pojawiał się wtedy, gdy wspólnik przestawał być partnerem biznesowym, a zaczynał postrzegać drugą stronę jako przeciwnika. Narastający od dłuższego czasu konflikt pomiędzy wspólnikami w końcu natrafiał na punkt kulminacyjny. Moment, w którym przestawał on być już jedynie mniej lub bardziej ujawnianą wzajemną niechęcią, a zaczynał przybierał postać realnych działań w celu zniweczenia planów i pomysłów drugiej strony.Zaczyna się wtedy lawina działań zarówno faktycznych, jak i prawnych. Składane są kolejne wnioski o udostępnienie dokumentów. Pojawiają się rozbudowane pytania dotyczące działalności przedsiębiorstwa. Zaskarżane są uchwały. Kwestionowane są decyzje zarządu. Samo w sobie nie jest to oczywiście niczym nagannym. Kodeks spółek handlowych przyznaje wspólnikom określone uprawnienia właśnie po to, aby mogli kontrolować sposób prowadzenia spraw spółki i chronić swoje interesy. Prawo kontroli, możliwość zaskarżania uchwał czy żądania informacji stanowią fundament ochrony wspólników, zwłaszcza mniejszościowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy celem tych działań przestaje być ochrona interesu spółki, a staje się wyłącznie wywieranie presji na pozostałych wspólnikach lub zarządzie, a na końcu sparaliżowanie procesu decyzyjnego.To bardzo niebezpieczny moment. Spółka przestaje koncentrować się na klientach, rozwoju i inwestycjach. Coraz większa część energii zarządu poświęcana jest odpowiadaniu na kolejne pisma, kompletowaniu dokumentów, przygotowywaniu wyjaśnień i prowadzeniu sporów wewnętrznych. W skrajnych przypadkach przedsiębiorstwo zaczyna funkcjonować przede wszystkim po to, aby obsługiwać własny konflikt. Wspólnicy zapominają, że celem prowadzenia spółki jest – co wydaje się przecież tak niesamowicie oczywiste – prowadzenie bieżącej działalności. A ta w oparach agresywnie prowadzonego konfliktu wspólników staje się jego potencjalnie największą ofiarą. Wielu przedsiębiorców utożsamia ochronę swoich praw z obowiązkiem pełnego wykorzystywania wszystkich dostępnych instrumentów prawnych. Działają w przekonaniu, że skoro mają rację, to na końcu muszą przecież wygrać. Nawet, jeśli skończy się to wszystko procesem sądowym, to na linii mety będą przecież zwycięzcy. W praktyce niejednokrotnie obserwujemy jednak sytuacje, w których strony – choć po kilku latach procesu uzyskiwały korzystne dla siebie rozstrzygnięcia sądowe – w praktyce nie miały już z tego żadnej wartości. Problem polegał na tym, że w chwili wydania wyroku przedsiębiorstwo nie miało już istotnej wartości. Kluczowi pracownicy odeszli, kontrahenci znaleźli innych partnerów, a rynek wykorzystał wieloletni paraliż decyzyjny.Wyrok rozstrzygał spór. Nie był już jednak w stanie odbudować firmy.Dlatego największym błędem wspólników jest przekonanie, że konflikt właścicielski pozostaje wyłącznie ich wewnętrzną sprawą. Nie pozostaje. Bardzo szybko staje się problemem pracowników, klientów, banków i kontrahentów. Rynek niezwykle szybko dostrzega przedsiębiorstwa, w których decyzje zapadają z opóźnieniem, a każda większa inicjatywa staje się przedmiotem wewnętrznych sporów.Doświadczenie pokazuje, że najlepszą ochroną przed tego rodzaju konfliktami nie jest kolejny przepis ani jeszcze bardziej rozbudowana umowa spółki. Oczywiście dobrze przygotowane postanowienia dotyczące zasad wyjścia ze spółki, rozwiązywania sporów czy podejmowania kluczowych decyzji mają ogromne znaczenie. Nie zastąpią jednak kultury współpracy pomiędzy wspólnikami, ubranej w odpowiednie ramy nie tylko dobrze sporządzonymi zapisami umownymi, mechanizmami korporacyjnymi, ale również odpowiednim prowadzeniem wewnętrznych rozmów od samego początku konfliktu.Dlatego rozsądni wspólnicy powinni zadać sobie dwa najważniejsze pytania.Pierwsze już na etapie ustalania zasad współpracy: czy nasze spisane mechanizmy korporacyjne służą wyłącznie ochronie naszych indywidualnych interesów, czy jednak starają się w pierwszej kolejności zabezpieczyć prawidłowe działanie przedsiębiorstwa nawet w przypadku trwającego konfliktu? Drugie natomiast na najwcześniejszym możliwym etapie powstania sporu: Jak wygrać za wszelką cenę? Czy jednak jak spróbować uzyskać kontrolę nad spółką, która nadal będzie najcenniejszym aktywem?W odpowiedzi na oba te pytania prawnik może być największym sprzymierzeńcem wspólnika. Może pomóc określić odpowiednie ramy współpracy, identyfikując największe zagrożenia i pozwalając sklasyfikować ryzyka. Może stworzyć strategię nie sporu, a próby rozwiązania konfliktu i negocjacji. Jednak aby móc to zrobić, musi zostać zaangażowany w sprawę na jej bardzo wczesnym etapie. Inaczej może okazać się jedynie kolejnym działem wojennym. Być może skutecznym na polu bitwy, ale nie mającym wpływu na prawdziwe losy wojujących.Bo ostatecznie największym zwycięstwem wspólnika nie jest wygranie procesu z drugim wspólnikiem. Największym zwycięstwem jest zachowanie przedsiębiorstwa, które obaj kiedyś postanowili wspólnie zbudować. Autor: Adam ZakrzewskiAdwokatKancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: Spory korporacyjne i konflikty właścicielskie

Blog

Proces gospodarczy zaczyna się na długo przed wniesieniem pozwu. Dlaczego przedsiębiorcy przegrywają sprawy, które mogli wygrać?

Proces gospodarczy zaczyna się na długo przed wniesieniem pozwu. Dlaczego przedsiębiorcy przegrywają sprawy, które mogli wygrać? Po latach prowadzenia sporów gospodarczych dochodzi się do wniosku, który dla wielu przedsiębiorców bywa zaskakujący. Większość procesów nie jest przegrywana na sali sądowej. W rzeczywistości ich wynik bardzo często przesądza się wiele miesięcy wcześniej – podczas negocjacji, realizacji kontraktu, odbiorów robót, wymiany korespondencji czy podejmowania codziennych decyzji biznesowych. To nie jest efektowna teza. To obserwacja wynikająca z praktyki.Przedsiębiorcy lubią mówić, że „mają rację”. I nierzadko rzeczywiście ją mają. Problem polega jednak na tym, że w procesie gospodarczym sama racja nie ma decydującego znaczenia. Sąd nie rozstrzyga sporu na podstawie intuicji, doświadczenia życiowego stron czy przekonania o słuszności własnego stanowiska. Rozstrzyga go na podstawie materiału dowodowego przedstawionego zgodnie z regułami postępowania cywilnego. To zasadnicza różnica, której wielu przedsiębiorców nie dostrzega aż do chwili, gdy okazuje się, że ich przeciwnik procesowy był lepiej przygotowany.Najbardziej kosztowne błędy rzadko wynikają z nieznajomości prawa. Znacznie częściej są konsekwencją przekonania, że dokumentowanie przebiegu współpracy jest zbędną formalnością. Tymczasem to właśnie codzienne nawyki organizacyjne decydują później o sile argumentacji procesowej. W praktyce niemal każdy spór gospodarczy ma podobny przebieg. Na początku strony współpracują poprawnie. Ustalenia zapadają podczas spotkań, przez telefon lub w krótkich wiadomościach. Zmienia się zakres prac, przesuwane są terminy, pojawiają się dodatkowe obowiązki. Wszyscy są przekonani, że wzajemne zaufanie wystarczy.Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy relacje się pogarszają.Nagle okazuje się, że nikt nie pamięta dokładnej treści ustnych ustaleń. Nie wiadomo, kto zaakceptował zmianę projektu. Nie zachowano wersji dokumentów. Reklamacje składano telefonicznie. Odbiór robót potwierdzono lakonicznym e-mailem albo nie potwierdzono go wcale. Kluczowe decyzje zapadły podczas spotkania, z którego nie sporządzono nawet krótkiej notatki. W tym momencie przedsiębiorca po raz pierwszy zaczyna myśleć o procesie. Zwykle jest już jednak za późno na odtworzenie zdarzeń sprzed kilku lub kilkunastu miesięcy.Doświadczony pełnomocnik procesowy wie, że największym problemem rzadko jest brak przepisów chroniących klienta. Znacznie częściej problemem jest brak dowodów pozwalających wykazać, że przepisy te powinny znaleźć zastosowanie. To właśnie dlatego dwa przedsiębiorstwa znajdujące się w niemal identycznej sytuacji faktycznej mogą uzyskać całkowicie odmienne rozstrzygnięcia. Jedno od początku budowało materiał dowodowy. Drugie zakładało, że w razie sporu „wszystko da się wyjaśnić”.Nie da się.Proces gospodarczy nie jest miejscem odtwarzania historii przedsiębiorstwa. Jest miejscem oceny tego, co strony potrafią udowodnić.To rozróżnienie wydaje się oczywiste, ale w praktyce bywa lekceważone. Zarządy koncentrują się na sprzedaży, produkcji, finansach i rozwoju biznesu. Dokumentowanie przebiegu współpracy traktowane jest jako zadanie administracyjne, często pozostawione przypadkowi. Tymczasem z punktu widzenia przyszłego sporu właśnie ta sfera organizacji przedsiębiorstwa może mieć znaczenie decydujące. W praktyce dotyczy to zarówno sporów wynikających z niewykonania lub nienależytego wykonania umowy, sporów o zapłatę, sporów budowlanych, jak i sporów dotyczących realizacji kontraktów handlowych czy projektów IT.Nie chodzi przy tym o tworzenie nadmiernej biurokracji. Nadmiar dokumentów może być równie problematyczny jak ich brak. Kluczowe znaczenie ma umiejętność utrwalania tych informacji, które w przyszłości mogą przesądzać o odpowiedzialności kontraktowej, zakresie wykonanych prac czy rzeczywistym przebiegu negocjacji.Szczególnie wyraźnie widać to w sporach dotyczących robót budowlanych, projektów informatycznych czy długoterminowych kontraktów handlowych. W takich przedsięwzięciach rzeczywistość niemal zawsze odbiega od pierwotnych założeń umowy. Powstają zmiany zakresu prac, dodatkowe uzgodnienia, nowe harmonogramy i kolejne wersje dokumentacji. Sam kontrakt przestaje być jedynym źródłem informacji o relacji stron. O wyniku procesu zaczyna decydować wszystko to, co wydarzyło się później.Wielu przedsiębiorców zakłada, że w razie potrzeby świadkowie odtworzą przebieg wydarzeń. To kolejne niebezpieczne złudzenie. Ludzka pamięć jest zawodna, a po kilku latach od zakończenia współpracy nawet najbardziej zaangażowani pracownicy nie są w stanie precyzyjnie odtworzyć szczegółów. Dokument sporządzony w chwili podejmowania decyzji niemal zawsze będzie miał większą wartość niż wspomnienia uczestników zdarzeń.Coraz większego znaczenia nabiera również jakość komunikacji elektronicznej. E-mail, który miał jedynie potwierdzić ustalenia po spotkaniu, bywa później najważniejszym dowodem w procesie. Z drugiej strony jedno nieprzemyślane zdanie, napisane pod wpływem emocji, potrafi osłabić pozycję procesową przedsiębiorcy bardziej niż niekorzystny zapis umowy. W praktyce spory gospodarcze coraz częściej wygrywa się lub przegrywa korespondencją, która w chwili jej tworzenia wydawała się całkowicie rutynowa.Dlatego przedsiębiorstwo powinno patrzeć na dokumentowanie swojej działalności nie jako na obowiązek administracyjny, lecz jako element zarządzania ryzykiem. Podobnie jak dba o płynność finansową, bezpieczeństwo danych czy zgodność z przepisami, powinno również świadomie budować własną wiarygodność dowodową. Nie oznacza to, że każda firma powinna przygotowywać się do procesu. Wręcz przeciwnie. Celem jest stworzenie takiej organizacji, która dzięki uporządkowanym procedurom ogranicza ryzyko powstania sporu, a jeżeli spór mimo wszystko się pojawi, potrafi skutecznie wykazać swoje racje.To właśnie tutaj doświadczenie procesowe może stać się źródłem przewagi konkurencyjnej przedsiębiorstwa. Dobry pełnomocnik nie powinien pojawiać się dopiero wtedy, gdy pozew jest już gotowy do wniesienia. Jego wiedza jest znacznie bardziej wartościowa wcześniej – na etapie organizowania procesów wewnętrznych, zasad dokumentowania decyzji i sposobu prowadzenia korespondencji z kontrahentami.Najlepiej prowadzone procesy to często te, których nigdy nie trzeba było wytaczać. Nie dlatego, że nie doszło do konfliktu, lecz dlatego, że druga strona od początku wiedziała, iż przedsiębiorca dysponuje spójnym, wiarygodnym i kompletnym materiałem dowodowym.Proces gospodarczy nie zaczyna się od pozwu. Zaczyna się od pierwszej decyzji, która może kiedyś stać się przedmiotem oceny sądu. Przedsiębiorcy, którzy rozumieją tę zależność, rzadziej przegrywają. Nie dlatego, że częściej mają rację, lecz dlatego, że potrafią ją udowodnić. Dobrze przygotowany materiał dowodowy, właściwie prowadzona dokumentacja oraz świadome zarządzanie ryzykiem prawnym zwiększają szanse przedsiębiorcy na skuteczną ochronę swoich interesów zarówno podczas negocjacji, jak i w postępowaniu przed sądem. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający Radca PrawnyKancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo gospodarcze

Blog

Sygnalista nie stoi ponad prawem. Gdzie kończy się ochrona zgłaszającego, a zaczyna prawo przedsiębiorcy do obrony?

Sygnalista nie stoi ponad prawem. Gdzie kończy się ochrona zgłaszającego, a zaczyna prawo przedsiębiorcy do obrony? Wejście w życie ustawy o ochronie sygnalistów spowodowało, że dyskusja wokół nowych obowiązków przedsiębiorców koncentruje się przede wszystkim na konieczności wdrożenia procedur zgłoszeń wewnętrznych oraz ochronie osób ujawniających naruszenia prawa. To naturalne, ponieważ taki był podstawowy cel ustawodawcy. Znacznie rzadziej zadaje się jednak pytanie, czy i w jakim zakresie ochronie podlega również sam przedsiębiorca. Tymczasem dobrze funkcjonujący system zgłoszeń powinien chronić nie tylko sygnalistę, lecz także organizację przed nadużyciami oraz nieuzasadnionym naruszeniem jej interesów. W debacie publicznej można odnieść wrażenie, że osoba określająca się mianem sygnalisty uzyskuje swoisty immunitet. Takie przekonanie nie znajduje jednak oparcia ani w przepisach ustawy, ani w dyrektywie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1937, którą ustawa implementuje. Ochrona przysługuje wyłącznie osobie, która w momencie dokonywania zgłoszenia miała uzasadnione podstawy sądzić, że przekazywane informacje są prawdziwe oraz że dotyczą naruszenia prawa objętego zakresem ustawy. Nie oznacza to obowiązku udowodnienia naruszenia, ale równie daleko idącym błędem byłoby przyjęcie, że każde zgłoszenie – niezależnie od jego motywów i treści – automatycznie korzysta z pełnej ochrony prawnej. To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie dla praktyki przedsiębiorców. Ustawa nie wymaga od sygnalisty nieomylności. Nie ponosi on negatywnych konsekwencji tylko dlatego, że postępowanie wyjaśniające ostatecznie nie potwierdziło naruszenia. Istotne jest bowiem to, czy dysponował obiektywnie uzasadnionymi podstawami do dokonania zgłoszenia. Jednocześnie ochrona nie została przewidziana dla osób świadomie przekazujących informacje nieprawdziwe. Ustawodawca wyraźnie przewidział odpowiedzialność za świadome zgłoszenie lub ujawnienie publiczne nieprawdziwych informacji, a ponadto przyznał osobie, która poniosła z tego tytułu szkodę, prawo do dochodzenia jej naprawienia. Oznacza to, że procedura zgłoszeń nie może być traktowana jako narzędzie prowadzenia sporów personalnych, element negocjacji z pracodawcą czy sposób wywierania presji na organizację. W praktyce właśnie ten obszar może rodzić największe trudności. Nie jest bowiem wykluczone, że zgłoszenie zostanie złożone w okresie konfliktu pomiędzy pracownikiem a pracodawcą, bezpośrednio przed planowanym rozwiązaniem umowy o pracę albo w trakcie postępowania dyscyplinarnego. Sam moment dokonania zgłoszenia nie przesądza jednak ani o jego zasadności, ani o nadużyciu prawa. Przedsiębiorca nie powinien automatycznie zakładać złej wiary zgłaszającego, ale równie błędne byłoby przyjęcie, że od tej chwili traci możliwość rzetelnego wyjaśnienia sprawy. Wręcz przeciwnie – obowiązek przeprowadzenia obiektywnego postępowania wyjaśniającego stanowi jeden z podstawowych elementów systemu ochrony sygnalistów. Nie można skutecznie chronić zgłaszającego, rezygnując jednocześnie z weryfikacji zgłaszanych okoliczności. Jeszcze bardziej złożony problem powstaje w przypadku kolizji pomiędzy zgłoszeniem a obowiązkiem zachowania tajemnicy przedsiębiorstwa. Przedsiębiorcy często zadają pytanie, czy sygnalista może kopiować dokumenty, przesyłać je na prywatną skrzynkę poczty elektronicznej albo wynosić poufne informacje z organizacji, powołując się następnie na ustawową ochronę. Odpowiedź nie jest ani jednoznacznie twierdząca, ani przecząca. Ustawa nie tworzy generalnego zwolnienia z obowiązku zachowania poufności. Ochrona sygnalisty nie oznacza dowolności w dysponowaniu informacjami stanowiącymi tajemnicę przedsiębiorstwa. W doktrynie trafnie wskazuje się, że ujawnienie takich informacji może korzystać z ochrony wyłącznie w takim zakresie, w jakim pozostaje konieczne i proporcjonalne do dokonania zgłoszenia przewidzianego ustawą. Sam status sygnalisty nie daje prawa do swobodnego kopiowania baz klientów, dokumentacji technicznej, kodów źródłowych, analiz finansowych czy innych informacji posiadających wartość gospodarczą tylko dlatego, że mogą one okazać się przydatne w przyszłym sporze z pracodawcą. To właśnie zasada proporcjonalności powinna stanowić podstawowe kryterium oceny zachowania sygnalisty. Czym innym jest przekazanie dokumentu niezbędnego do wykazania konkretnego naruszenia prawa, a czym innym masowe kopiowanie zasobów przedsiębiorstwa „na wszelki wypadek”. W tym drugim przypadku trudno byłoby znaleźć przekonujące uzasadnienie dla objęcia takiego działania ochroną przewidzianą ustawą. W dalszym ciągu zastosowanie znajdują bowiem przepisy dotyczące ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa, zobowiązań do zachowania poufności czy odpowiedzialności cywilnej za wyrządzenie szkody. Nie oznacza to oczywiście, że przedsiębiorca może odpowiadać na każde zgłoszenie wszczęciem postępowania przeciwko sygnaliście. Takie działanie mogłoby samo w sobie zostać uznane za niedopuszczalne działanie odwetowe. W praktyce konieczne jest zachowanie szczególnej ostrożności. Postępowanie wyjaśniające powinno koncentrować się na treści zgłoszenia, a nie na osobie zgłaszającego. Każde działanie wobec sygnalisty musi być uzasadnione okolicznościami niezależnymi od samego faktu dokonania zgłoszenia. Ciężar wykazania, że podjęte decyzje nie stanowiły odwetu, będzie co do zasady spoczywał na przedsiębiorcy. Z perspektywy zarządu oznacza to potrzebę zachowania szczególnej dyscypliny organizacyjnej. W praktyce największym zagrożeniem nie jest samo zgłoszenie, lecz sposób reakcji organizacji. Chaotyczne działania, próba szybkiego ustalenia autora zgłoszenia, pochopne odsunięcie pracownika od obowiązków czy niekontrolowane przeglądanie korespondencji elektronicznej mogą wygenerować znacznie większe ryzyko prawne niż pierwotne naruszenie, którego dotyczyło zgłoszenie. Dlatego procedura zgłoszeń nie powinna być postrzegana wyłącznie jako obowiązek wynikający z ustawy. Jest ona elementem systemu zarządzania ryzykiem prawnym przedsiębiorstwa. Jeżeli została właściwie zaprojektowana, chroni interes publiczny poprzez umożliwienie ujawnienia naruszeń prawa, ale jednocześnie zabezpiecza uzasadnione interesy organizacji przed instrumentalnym wykorzystywaniem instytucji sygnalisty. Tylko zachowanie tej równowagi pozwala osiągnąć cel, który przyświecał zarówno unijnemu, jak i krajowemu ustawodawcy. Ochrona sygnalistów jest jedną z najważniejszych instytucji współczesnego systemu compliance. Nie może jednak prowadzić do wniosku, że osoba dokonująca zgłoszenia znajduje się poza granicami odpowiedzialności prawnej lub uzyskuje nieograniczone prawo do dysponowania poufnymi informacjami przedsiębiorcy. Równie niebezpieczne byłoby jednak traktowanie każdego zgłoszenia jako ataku na organizację. Zadaniem profesjonalnie zarządzanego przedsiębiorstwa jest stworzenie takiego modelu postępowania, który zapewni rzeczywistą ochronę sygnalistom działającym zgodnie z prawem, a jednocześnie pozwoli skutecznie reagować na przypadki nadużywania tej instytucji. Dopiero takie podejście realizuje ideę nowoczesnego compliance – opartego nie na formalnym spełnieniu obowiązków ustawowych, lecz na rozsądnym wyważeniu praw i obowiązków wszystkich uczestników organizacji. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo pracy

Blog

CISO – nowa kluczowa funkcja w przedsiębiorstwie. Dlaczego nie jest ani informatykiem, ani PR-owcem

CISO – nowa kluczowa funkcja w przedsiębiorstwie. Dlaczego nie jest ani informatykiem, ani PR-owcem Jeszcze kilka lat temu niewiele polskich przedsiębiorstw posiadało w swoich strukturach stanowisko Chief Information Security Officer (CISO). Jeżeli już funkcjonowało, najczęściej stanowiło element działu IT, a jego rola sprowadzała się głównie do zagadnień technicznych związanych z bezpieczeństwem systemów informatycznych. Dzisiaj takie podejście staje się coraz mniej aktualne. Rosnąca liczba cyberataków, uzależnienie przedsiębiorstw od technologii cyfrowych, nowe regulacje prawne oraz coraz większa odpowiedzialność kadry zarządzającej powodują, że CISO staje się jedną z najważniejszych funkcji w nowoczesnej organizacji. Paradoksalnie największym problemem nie jest obecnie brak specjalistów od cyberbezpieczeństwa. Znacznie częściej spotykanym błędem pozostaje niezrozumienie roli, jaką CISO powinien pełnić w strukturze przedsiębiorstwa. W wielu organizacjach funkcja ta nadal bywa łączona ze stanowiskiem dyrektora IT (CIO), szefa infrastruktury informatycznej, a czasem nawet z funkcjami związanymi z komunikacją kryzysową lub public relations. Z pozoru może wydawać się to racjonalne, jednak w praktyce często prowadzi do konfliktu interesów i ograniczenia skuteczności całego systemu bezpieczeństwa. Źródłem problemu jest błędne założenie, że cyberbezpieczeństwo jest wyłącznie zagadnieniem technologicznym. Tymczasem współczesne regulacje, takie jak NIS2, DORA, ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa czy AI Act, traktują bezpieczeństwo jako element zarządzania ryzykiem przedsiębiorstwa. W takim modelu CISO nie odpowiada za serwery, komputery czy oprogramowanie. Odpowiada za identyfikację, ocenę i monitorowanie ryzyk związanych z bezpieczeństwem informacji oraz odpornością organizacji. To zasadnicza różnica. Dyrektor IT lub CIO koncentruje się na zapewnieniu sprawnego funkcjonowania infrastruktury technologicznej. Jego celem jest rozwój systemów, efektywność procesów, dostępność usług oraz wspieranie działalności biznesowej. CISO patrzy natomiast na te same rozwiązania z zupełnie innej perspektywy. Jego zadaniem jest zadawanie niewygodnych pytań: Czy dane są odpowiednio chronione? Czy organizacja jest przygotowana na cyberatak? Jakie konsekwencje będzie miało przejęcie systemów przez osoby nieuprawnione? Czy wdrażane rozwiązania technologiczne nie generują nadmiernego ryzyka prawnego, operacyjnego lub finansowego? W praktyce oznacza to, że CIO i CISO mogą mieć częściowo rozbieżne cele. CIO będzie zainteresowany szybkim wdrożeniem nowego rozwiązania poprawiającego efektywność organizacji. CISO powinien natomiast ocenić, czy wdrożenie nie prowadzi do powstania nowych zagrożeń wymagających dodatkowych zabezpieczeń. Właśnie dlatego w dojrzałych organizacjach funkcje te są zazwyczaj rozdzielone. Podobny problem pojawia się przy próbach łączenia stanowiska CISO z obszarem komunikacji lub public relations. Rolą działu PR jest ochrona reputacji przedsiębiorstwa, zarządzanie komunikacją oraz budowanie pozytywnego wizerunku organizacji. CISO powinien natomiast przede wszystkim identyfikować zagrożenia, raportować nieprawidłowości oraz wskazywać obszary wymagające zmian, nawet jeżeli są one niewygodne dla kierownictwa. Trudno skutecznie pełnić obie funkcje jednocześnie. W praktyce prowadzi to często do sytuacji, w której bezpieczeństwo zaczyna być postrzegane bardziej jako problem komunikacyjny niż rzeczywiste ryzyko wymagające działań organizacyjnych. Rosnące znaczenie funkcji CISO wynika również z ewolucji samych zagrożeń. Jeszcze kilkanaście lat temu cyberbezpieczeństwo kojarzyło się głównie z wirusami komputerowymi i ochroną sieci. Obecnie skutki incydentów obejmują niemal wszystkie obszary działalności przedsiębiorstwa. Mogą prowadzić do zatrzymania produkcji, utraty danych klientów, naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa, odpowiedzialności kontraktowej, sankcji regulacyjnych, a nawet odpowiedzialności członków zarządu za brak właściwego nadzoru nad ryzykiem. Coraz częściej pojawia się również nowy obszar odpowiedzialności związany z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Organizacje wdrażające rozwiązania AI muszą nie tylko oceniać ich użyteczność biznesową, ale również analizować związane z nimi ryzyka prawne, bezpieczeństwa informacji, ochrony danych oraz zgodności regulacyjnej. W naturalny sposób powoduje to rozszerzenie zakresu odpowiedzialności CISO na zagadnienia związane z AI Governance. W wielu przedsiębiorstwach stanowisko to zaczyna przypominać funkcję dyrektora ds. ryzyka technologicznego. Nie oznacza to oczywiście, że każda organizacja musi zatrudniać odrębnego CISO na pełen etat. W szczególności w przypadku małych i średnich przedsiębiorstw możliwe jest korzystanie z modelu outsourcingowego lub fractional CISO, polegającego na powierzeniu tej funkcji wyspecjalizowanemu ekspertowi zewnętrznemu. Niezależnie jednak od przyjętego modelu organizacyjnego jedno pozostaje niezmienne. CISO nie powinien być postrzegany jako kolejny informatyk w strukturze przedsiębiorstwa Jego podstawowym zadaniem nie jest zarządzanie technologią. Jego zadaniem jest zarządzanie ryzykiem związanym z technologią. A to różnica, która w świetle nowych regulacji i rosnącej odpowiedzialności kadry zarządzającej może mieć dla przedsiębiorstwa znaczenie fundamentalne. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy    Dowiedz się więcej: prawo cyberbezpieczeństwai bezpieczeństwa informacji

Blog

Między deklaracją a zmianą. co naprawdę wynika z kodeksu dobrych praktyk local content?

Między deklaracją a zmianą. Co naprawdę wynika z kodeksu dobrych praktyk local content? Kilka tygodni temu miałem okazję uczestniczyć w konferencji poświęconej local content w Rzeszowie. Wówczas najwięcej emocji budziła sama idea wzmacniania krajowego komponentu w strategicznych inwestycjach. Dziś dyskusja wchodzi w nową fazę. Znamy już bowiem nie tylko kierunek polityki państwa, ale również dokument, który ma stanowić praktyczne narzędzie jej realizacji – Kodeks Dobrych Praktyk Local Content. Warto zadać pytanie, czy mamy do czynienia z przełomem, czy raczej z kolejnym dokumentem, który pozostanie w sferze deklaracji. Pierwsze wrażenie jest pozytywne. Autorzy Kodeksu uniknęli pokusy tworzenia rozwiązań, które mogłyby pozostawać w kolizji z zasadami wspólnego rynku Unii Europejskiej. Od początku podkreślano, że local content nie oznacza protekcjonizmu ani administracyjnego wykluczania podmiotów zagranicznych. Celem jest zwiększenie udziału przedsiębiorstw krajowych w realizacji strategicznych inwestycji przy zachowaniu zasad konkurencji. To ważne, ponieważ właśnie na tym etapie wiele podobnych inicjatyw w innych państwach napotykało bariery prawne. Polska próbuje pójść inną drogą. Najbardziej interesującym elementem Kodeksu wydaje się próba obiektywizacji pojęcia „podmiotu krajowego”. Przez lata dyskusja o patriotyzmie gospodarczym była obciążona dużą dozą emocji. Tymczasem zaproponowany model opiera się na konkretnych kryteriach. Ocenie podlega między innymi miejsce prowadzenia działalności, rezydencja podatkowa, lokalizacja właściciela, zatrudnienie pracowników w Polsce czy udział krajowych obrotów. Każdemu z tych elementów przypisano określoną wagę. To rozwiązanie zasługuje na uwagę z dwóch powodów. Po pierwsze, pozwala odejść od prostego i często mylącego podziału na firmy „polskie” i „zagraniczne”. W rzeczywistości gospodarczej takie rozróżnienie coraz częściej traci sens. Spółka z zagranicznym akcjonariuszem może tworzyć tysiące miejsc pracy w Polsce, płacić tu podatki i realizować większość działalności operacyjnej. Z kolei formalnie polska spółka może generować znaczną część wartości poza krajem. System wag lepiej oddaje rzeczywistość niż zero-jedynkowe klasyfikacje. Po drugie, pojawia się możliwość rzeczywistego mierzenia efektów polityki gospodarczej. Dotychczas dyskusja o patriotyzmie gospodarczym była w dużej mierze intuicyjna. Trudno było odpowiedzieć na pytanie, jaka część środków wydawanych w ramach wielkich inwestycji rzeczywiście pozostaje w polskiej gospodarce. Teraz państwo próbuje stworzyć metodologię, która pozwoli takie zjawiska monitorować. Jednocześnie właśnie w tym miejscu pojawia się największe wyzwanie. Kodeks nie jest źródłem prawa. Nie tworzy obowiązków i nie nakłada sankcji. Jest zbiorem rekomendacji skierowanych przede wszystkim do spółek z udziałem Skarbu Państwa. Samo Ministerstwo Aktywów Państwowych podkreśla, że dokument ma charakter wytycznych i nie zastępuje obowiązujących przepisów. Czy to wada? Niekoniecznie. Paradoksalnie siła tego projektu może wynikać właśnie z jego miękkiego charakteru. Historia compliance, ESG czy ładu korporacyjnego pokazuje, że trwałe zmiany często rozpoczynają się nie od ustaw, lecz od standardów zarządczych i oczekiwań właścicielskich. Problem polega jednak na tym, że same rekomendacje nigdy nie wystarczą. Jeżeli local content ma stać się czymś więcej niż hasłem, konieczne będą trzy kolejne kroki. Po pierwsze, potrzebne są wiarygodne dane. Nie da się zarządzać czymś, czego nie można zmierzyć. Dlatego kluczowe znaczenie będzie miało stworzenie jednolitej metodologii raportowania udziału komponentu krajowego w inwestycjach. Bez tego dyskusja szybko wróci do poziomu deklaracji. Po drugie, niezbędne jest powiązanie local content z systemami oceny zarządów. W tym obszarze pojawiają się już pierwsze zapowiedzi. Ministerstwo wskazuje, że realizacja celów związanych ze zwiększaniem komponentu krajowego ma być jednym z elementów oceny działalności zarządów spółek z udziałem Skarbu Państwa. To może okazać się momentem przełomowym. Zarządy realizują przede wszystkim te cele, które są mierzone. Po trzecie wreszcie, konieczna będzie zmiana kultury zakupowej. I właśnie tutaj znajduje się najtrudniejszy element całego projektu. W poprzednim artykule zwracałem uwagę na zjawisko swoistego gospodarczego konformizmu. W wielu organizacjach nadal funkcjonuje przekonanie, że wybór zagranicznego dostawcy jest decyzją bezpieczniejszą od wyboru przedsiębiorcy krajowego. Nie wynika to z analizy jakości czy ceny, lecz z utrwalonych przez lata schematów decyzyjnych. Żaden kodeks nie zmieni tego automatycznie. Może jednak stworzyć warunki, w których takie decyzje zaczną być poddawane bardziej racjonalnej ocenie. Dlatego Kodeks Dobrych Praktyk Local Content należy oceniać nie przez pryzmat tego, czym jest dzisiaj, ale przez pryzmat tego, czym może się stać za kilka lat. Sam dokument nie zbuduje polskiego potencjału przemysłowego. Nie zwiększy liczby krajowych dostawców i nie zmieni struktury gospodarki. Może jednak stać się początkiem zmiany sposobu myślenia o inwestycjach publicznych i strategicznych. A być może właśnie tego najbardziej brakowało w Polsce przez ostatnie trzydzieści lat – nie kolejnych regulacji, lecz odwagi, aby zacząć mierzyć i świadomie wspierać wartość, która pozostaje w krajowej gospodarce. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Przewijanie do góry