TWÓJ BIZNES – NASZA SPRAWA
ROK ZAŁOŻENIA 1993
CHAŁAS I WSPÓLNICY
TWÓJ BIZNES — NASZA SPRAWA

Menu

wrzesień 2026

założenie fundacji rodzinnej
Aktualności, Korporacje, transakcje i spory

Założenie fundacji rodzinnej

Założenie fundacji rodzinnej – kompleksowa obsługa prawna pozwala przygotować strukturę dostosowaną do sytuacji fundatora, jego rodziny oraz prowadzonego biznesu. Proces wymaga nie tylko sporządzenia dokumentów i przeprowadzenia rejestracji, ale przede wszystkim wcześniejszego ustalenia zasad, według których fundacja ma funkcjonować i realizować cele fundatora. Co obejmuje założenie fundacji rodzinnej? Utworzenie fundacji rodzinnej jest procesem, w którym decyzje prawne powinny wynikać z indywidualnej sytuacji fundatora. Punktem wyjścia jest określenie celu fundacji oraz ustalenie, jaką rolę ma ona pełnić w zarządzaniu majątkiem i sukcesji. Kompleksowa obsługa prawna może obejmować analizę planowanej struktury, przygotowanie dokumentacji niezbędnej do utworzenia fundacji, opracowanie statutu, określenie zasad dotyczących beneficjentów i organów fundacji, a także kwestie związane z majątkiem wnoszonym do fundacji oraz jej rejestracją. Każdy z tych elementów jest ze sobą powiązany. Sposób określenia uprawnień beneficjentów może wpływać na przyszłe zasady realizacji świadczeń, przyjęty model działania organów – na proces podejmowania decyzji, a struktura majątku fundacji – na jej funkcjonowanie w ramach szerszej struktury biznesowej fundatora. Z tego względu założenie fundacji rodzinnej nie powinno sprowadzać się do wykonania kolejnych formalności. Dokumentacja powinna odzwierciedlać przyjęte wcześniej założenia dotyczące majątku, rodziny i przyszłości prowadzonego biznesu. Dlaczego kompleksowa obsługa prawna powinna poprzedzać rejestrację? Rejestracja jest jednym z etapów tworzenia fundacji rodzinnej, jednak zasadnicze decyzje dotyczące jej przyszłego funkcjonowania podejmowane są wcześniej. To na etapie przygotowania struktury należy ustalić m.in. zasady działania fundacji, pozycję beneficjentów, sposób wykonywania kompetencji przez jej organy oraz założenia dotyczące majątku. Ma to szczególne znaczenie w przypadku przedsiębiorców. Fundacja rodzinna może stać się elementem istniejącej struktury właścicielskiej, dlatego przed jej utworzeniem należy uwzględnić również sytuację spółek i innych aktywów, które pozostają pod kontrolą fundatora. Brak spójności pomiędzy dokumentami fundacji, strukturą biznesową i rzeczywistymi zamierzeniami fundatora może w przyszłości utrudniać realizację przyjętego modelu sukcesji lub zarządzania majątkiem. Dlatego istotą kompleksowej obsługi prawnej jest nie tylko prawidłowe przeprowadzenie procesu utworzenia fundacji, ale także wcześniejsze zidentyfikowanie kwestii wymagających rozstrzygnięcia. Takie podejście pozwala traktować statut i pozostałą dokumentację jako narzędzia służące realizacji określonego modelu, a nie jedynie dokumenty wymagane do rejestracji. Założenie fundacji rodzinnej a podatki i struktura biznesu Decyzje dotyczące utworzenia fundacji rodzinnej nie funkcjonują w oderwaniu od pozostałych obszarów działalności fundatora. W przypadku właścicieli firm szczególnej analizy może wymagać sposób powiązania fundacji z istniejącą strukturą właścicielską oraz konsekwencje wniesienia do niej określonych składników majątku. Planowana struktura powinna być zatem oceniana zarówno z perspektywy prawa korporacyjnego, jak i jej konsekwencji podatkowych. Analiza tych zagadnień przed utworzeniem fundacji pozwala ocenić, czy przyjęte rozwiązania odpowiadają celom fundatora oraz specyfice posiadanego majątku. Jest to szczególnie istotne, gdy fundacja ma służyć nie tylko gromadzeniu aktywów, lecz także uporządkowaniu sukcesji w przedsiębiorstwie i zapewnieniu ciągłości przyjętych zasad właścicielskich w kolejnych pokoleniach. Kompleksowa obsługa prawna fundacji rodzinnej Założenie fundacji rodzinnej – kompleksowa obsługa prawna wymaga połączenia perspektywy sukcesyjnej, korporacyjnej, majątkowej i podatkowej. Celem nie jest wyłącznie doprowadzenie do rejestracji fundacji, ale przygotowanie rozwiązania odpowiadającego rzeczywistym potrzebom fundatora i jego biznesu. Wsparcie prawne może obejmować zarówno etap poprzedzający utworzenie fundacji, przygotowanie odpowiedniej dokumentacji i przeprowadzenie procesu rejestracji, jak również zagadnienia pojawiające się już w toku jej funkcjonowania. Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy zapewnia kompleksowe wsparcie prawne dotyczące fundacji rodzinnych, uwzględniające indywidualną sytuację fundatora, strukturę prowadzonego biznesu oraz założenia związane z sukcesją i zarządzaniem majątkiem. Dowiedz się więcej: fundacja rodzinna

Local First w dużych inwestycjach
Aktualności, Sektory regulowane i technologie

Local First w dużych inwestycjach

Local First w dużych inwestycjach to nie tylko pytanie o udział polskich przedsiębiorstw w planowanych projektach, ale przede wszystkim o zasady, na jakich ten udział będzie budowany. Dziś przedstawiciel Kancelarii Chałas i Wspólnicy uczestniczy w Forum Polskich Dostawców „Energia z Polski – Local First” w Warszawie, poświęconym tematyce udziału krajowych firm w dużych przedsięwzięciach. Skala planowanych inwestycji w energetyce, infrastrukturze, transporcie, obronności i cyfryzacji sprawia, że udział krajowych przedsiębiorstw w ich realizacji staje się ważnym zagadnieniem zarówno biznesowym, jak i prawnym. Dyskusja nie sprowadza się przy tym do samego otwarcia dużych projektów na polskich wykonawców i dostawców. Równie istotne jest to, na jakich zasadach przedsiębiorstwa będą mogły do nich przystępować i funkcjonować w ramach relacji kontraktowych. Właśnie w tym miejscu idea Local First spotyka się z praktyką realizacji inwestycji. Znaczenie mają procedury zakupowe, wymagania wobec wykonawców, warunki udziału w postępowaniach, kryteria wyboru, konstrukcja kontraktów oraz sposób podziału ryzyk i odpowiedzialności pomiędzy uczestników projektu. Od Local First do konkretnych warunków udziału Dla przedsiębiorstwa zainteresowanego udziałem w dużej inwestycji sama perspektywa pojawienia się nowych zamówień nie przesądza jeszcze o rzeczywistej możliwości wejścia do projektu. O pozycji wykonawców i dostawców decydują konkretne warunki określone w dokumentacji oraz przyszłym kontrakcie. Z perspektywy prawnej istotne jest zatem przeanalizowanie całego mechanizmu udziału przedsiębiorcy w projekcie. Obejmuje to zarówno wymagania stawiane wykonawcom na etapie postępowania, jak i zobowiązania, które powstaną po zawarciu umowy. W przypadku projektów realizowanych w reżimie zamówień publicznych szczególnego znaczenia nabiera konstrukcja samego postępowania oraz dokumentacji określającej zasady ubiegania się o zamówienie. Local First w dużych inwestycjach należy więc rozpatrywać nie tylko jako kierunek dyskusji o udziale krajowych przedsiębiorstw, lecz również jako zagadnienie dotyczące praktycznych warunków ich uczestnictwa w konkretnych przedsięwzięciach. Kontrakt określa warunki udziału w projekcie Dla wykonawcy analiza prawna nie kończy się wraz z oceną możliwości udziału w postępowaniu. Równie istotne są projektowane postanowienia kontraktowe, ponieważ to one określają obowiązki stron, zakres odpowiedzialności oraz sposób rozłożenia ryzyk związanych z realizacją inwestycji. W dużych projektach warunki kontraktowe mogą wpływać nie tylko na przebieg konkretnego przedsięwzięcia, ale także na biznesową ocenę udziału w nim. Przedsiębiorca powinien zatem uwzględniać m.in. zakres przyjmowanych zobowiązań, odpowiedzialność za realizację poszczególnych elementów projektu oraz konsekwencje potencjalnych problemów powstających na etapie wykonywania umowy. Ma to znaczenie także z perspektywy długoterminowego udziału polskich przedsiębiorstw w dużych inwestycjach. Warunki wejścia do projektów oraz zasady współpracy pomiędzy ich uczestnikami mogą wpływać na możliwość zdobywania doświadczenia i budowania pozycji pozwalającej uczestniczyć w kolejnych przedsięwzięciach. Zamówienia publiczne a duże inwestycje W projektach realizowanych w reżimie zamówień publicznych relacja pomiędzy założeniami dotyczącymi udziału krajowych przedsiębiorstw a praktyką wymaga uwzględnienia reguł właściwych dla tego rodzaju postępowań. Z punktu widzenia zamawiającego oznacza to potrzebę odpowiedniego przygotowania dokumentacji i warunków postępowania. Z perspektywy wykonawcy – konieczność ich dokładnej analizy przed podjęciem decyzji o ubieganiu się o zamówienie. Znaczenie prawne mają przy tym kolejne etapy procesu: od przygotowania postępowania i określenia wymagań, przez wybór wykonawcy i zawarcie umowy, aż po realizację kontraktu. Na każdym z nich mogą pojawić się zagadnienia wpływające na prawa, obowiązki i odpowiedzialność uczestników inwestycji. Kancelaria Chałas i Wspólnicy wspiera zarówno zamawiających, jak i wykonawców w zakresie prawa zamówień publicznych – od przygotowania i analizy dokumentacji postępowania po realizację kontraktu i związane z nią spory. Dziś przedstawiciel Kancelarii Chałas i Wspólnicy uczestniczy w Forum Polskich Dostawców „Energia z Polski – Local First” w Warszawie. Wydarzenie jest okazją do dyskusji o tym, w jaki sposób planowane inwestycje mogą przekładać się na długoterminowy rozwój polskiego biznesu. Z perspektywy prawnej istotnym elementem tej dyskusji są zasady, na jakich przedsiębiorstwa będą uczestniczyć w konkretnych projektach – od warunków ubiegania się o zamówienie, przez konstrukcję kontraktów i podział ryzyk, po ich późniejszą realizację. Dowiedz się więcej: prawo zamówień publicznych

prawnik dla firm Warszawa
Aktualności, Sektory regulowane i technologie

Prawnik dla firm Warszawa

Prawnik dla firm Warszawa może być potrzebny nie tylko wtedy, gdy firma otrzyma pozew, ma spór z kontrahentem albo musi odzyskać należność. Wsparcie prawne na wcześniejszym etapie pozwala przedsiębiorcy bezpieczniej negocjować i zawierać umowy, podejmować decyzje dotyczące spółki oraz ograniczać ryzyka, zanim przerodzą się w kosztowny problem. Prowadzenie firmy wiąże się z decyzjami, które mają jednocześnie wymiar biznesowy i prawny. Nowa umowa z kontrahentem, zmiany w spółce, zatrudnienie pracowników, inwestycja, konflikt między wspólnikami czy brak zapłaty za wykonane usługi mogą wymagać oceny nie tylko tego, co jest dopuszczalne prawnie, ale również jakie rozwiązanie najlepiej zabezpieczy interes przedsiębiorstwa. Dlatego prawnik dla firm Warszawa nie musi być wsparciem uruchamianym dopiero wtedy, gdy pojawi się spór. W wielu sytuacjach pomoc prawna ma przede wszystkim umożliwić przedsiębiorcy świadome podjęcie decyzji i ograniczenie ryzyka przed podpisaniem umowy, rozpoczęciem projektu lub wejściem w konflikt z kontrahentem. Umowy z kontrahentami – lepiej zabezpieczyć firmę przed podpisaniem Umowy należą do podstawowych obszarów bieżącej działalności przedsiębiorców. Ich znaczenie ujawnia się jednak szczególnie wtedy, gdy współpraca nie przebiega zgodnie z założeniami. Zakres obowiązków stron, terminy, zasady rozliczeń, odpowiedzialność, kary umowne, możliwość wypowiedzenia kontraktu czy sposób rozwiązania ewentualnego sporu mogą bezpośrednio wpływać na sytuację firmy. Wsparcie prawnika przed podpisaniem dokumentu pozwala przeanalizować nie tylko jego zgodność z prawem, ale przede wszystkim konsekwencje poszczególnych postanowień dla przedsiębiorcy. Ma to znaczenie zarówno przy negocjowaniu dużych kontraktów, jak i przy tworzeniu wzorów umów wykorzystywanych wielokrotnie w bieżącej działalności. Prawnik może również uczestniczyć w negocjacjach i pomóc ocenić, które postanowienia wymagają zmiany, jakie ryzyka przedsiębiorca może zaakceptować, a które powinny zostać odpowiednio ograniczone. Obsługa prawna spółek i decyzje korporacyjne Pomoc prawna dla przedsiębiorców obejmuje również kwestie związane z funkcjonowaniem spółek. Zmiany właścicielskie, reorganizacje, relacje pomiędzy wspólnikami czy działania organów spółki wymagają uwzględnienia zarówno regulacji prawnych, jak i skutków podejmowanych decyzji dla dalszego prowadzenia biznesu. Szczególnym przypadkiem jest konflikt między wspólnikami. Jeżeli spór wpływa na możliwość podejmowania decyzji, może zacząć oddziaływać na funkcjonowanie całej spółki. W takich sytuacjach znaczenie ma odpowiednio wczesne określenie dostępnych rozwiązań i możliwych konsekwencji każdego z nich. Obsługa prawna spółki może więc obejmować zarówno bieżące kwestie korporacyjne, jak i wsparcie przy bardziej złożonych reorganizacjach, transakcjach czy sporach właścicielskich. Spór z kontrahentem – nie każda sprawa musi od razu trafić do sądu Brak płatności, niewykonanie umowy, opóźnienia czy odmienne rozumienie obowiązków stron mogą doprowadzić do sporu gospodarczego. W takiej sytuacji istotne jest nie tylko ustalenie, jakie roszczenia przysługują przedsiębiorcy, lecz również wybór właściwej strategii. Postępowanie sądowe jest jednym z dostępnych rozwiązań, ale nie zawsze musi być pierwszym. W zależności od okoliczności sprawy możliwe jest podjęcie negocjacji, próba zawarcia ugody lub wykorzystanie innych sposobów rozwiązania konfliktu. Jeżeli sporu nie można zakończyć polubownie, konieczne może stać się dochodzenie roszczeń przed sądem lub obrona przedsiębiorcy przed roszczeniami drugiej strony. Wówczas znaczenie ma zarówno właściwe przygotowanie argumentacji prawnej, jak i uwzględnienie gospodarczego charakteru konfliktu. Stała obsługa prawna czy pomoc w konkretnej sprawie? Nie każda firma potrzebuje takiego samego modelu współpracy z kancelarią. Jeżeli zagadnienia prawne pojawiają się sporadycznie, przedsiębiorca może potrzebować wsparcia wyłącznie przy konkretnym kontrakcie, sporze lub decyzji. Stała obsługa prawna może być uzasadniona wtedy, gdy kwestie wymagające konsultacji pojawiają się regularnie – firma zawiera wiele umów, zatrudnia pracowników, współpracuje z licznymi kontrahentami, realizuje inwestycje albo działa w otoczeniu wymagającym bieżącego monitorowania obowiązków prawnych. W takim modelu prawnik może poznawać specyfikę działalności przedsiębiorstwa, jego model biznesowy oraz najczęściej występujące ryzyka. Dzięki temu konsultacja prawna staje się częścią procesu decyzyjnego, a nie wyłącznie reakcją na problem, który już wystąpił. W jakich sprawach przedsiębiorca może potrzebować prawnika? Zakres obsługi zależy przede wszystkim od profilu działalności oraz aktualnych potrzeb firmy. Wsparcie może dotyczyć prawa gospodarczego i korporacyjnego, przygotowywania i negocjowania umów, sporów sądowych i arbitrażu, konfliktów między wspólnikami, prawa pracy, podatków, własności intelektualnej, nieruchomości czy zamówień publicznych. Dla przedsiębiorstw działających w określonych sektorach znaczenie mogą mieć również szczególne wymagania regulacyjne, w tym dotyczące cyberbezpieczeństwa, energetyki, sektora finansowego czy działalności farmaceutycznej i medycznej. W praktyce jeden problem biznesowy może wymagać spojrzenia z perspektywy kilku dziedzin prawa. Decyzja korporacyjna może mieć konsekwencje podatkowe, spór z kontrahentem może wynikać z konstrukcji umowy, a nowy projekt biznesowy może wymagać jednoczesnej analizy kwestii kontraktowych, pracowniczych i regulacyjnych. Prawnik dla firm w Warszawie – wsparcie w decyzjach i sporach Pomoc prawna dla przedsiębiorstwa nie sprowadza się zatem wyłącznie do reprezentacji przed sądem. Może zaczynać się znacznie wcześniej – przy negocjowaniu umowy, planowaniu transakcji, zmianach w spółce czy ocenie ryzyka związanego z konkretną decyzją biznesową. Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy wspiera przedsiębiorców zarówno w bieżących sprawach związanych z prowadzeniem działalności, jak i w złożonych projektach oraz sporach. Zakres wsparcia może być dostosowany do charakteru konkretnego problemu oraz specyfiki działalności przedsiębiorstwa. Połączenie różnych obszarów praktyki pozwala analizować sprawy firmy szerzej – z uwzględnieniem konsekwencji prawnych, które mogą pojawić się na różnych etapach prowadzenia działalności. Omów swoją sprawę z prawnikiem

Czy firma musi oznaczać treści generowane przez AI
Aktualności, Sektory regulowane i technologie

Czy firma musi oznaczać treści generowane przez AI?

Czy firma musi oznaczać treści generowane przez AI? To pytanie staje się coraz bardziej praktyczne dla przedsiębiorców wykorzystujących sztuczną inteligencję w marketingu, social mediach, e-commerce, komunikacji z klientami oraz przy tworzeniu tekstów, grafik, materiałów audio i wideo. Odpowiedź nie zawsze jest jednoznaczna – obowiązki związane z transparentnością zależą od sposobu wykorzystania AI i rodzaju konkretnej treści. Sztuczna inteligencja jest wykorzystywana przez firmy na wielu etapach tworzenia i publikowania treści. Może wspierać przygotowanie tekstu na stronę internetową, grafiki reklamowej, materiału wideo, nagrania audio, opisu produktu czy komunikatu kierowanego do klienta. Z perspektywy przedsiębiorcy pojawia się więc praktyczny problem: kiedy wykorzystanie takich narzędzi powinno zostać ujawnione odbiorcy? Czy firma musi oznaczać treści generowane przez AI? Sam fakt wykorzystania sztucznej inteligencji nie oznacza automatycznie, że każdy materiał powstały przy jej użyciu należy oznaczyć w ten sam sposób. Ocena zależy od konkretnego zastosowania technologii oraz charakteru treści. Dlatego przedsiębiorstwo powinno w pierwszej kolejności ustalić, gdzie i w jaki sposób AI jest wykorzystywana w jego procesach komunikacyjnych. Ma to szczególne znaczenie dla organizacji korzystających z AI na większą skalę. Treści mogą powstawać w działach marketingu, sprzedaży czy e-commerce, a następnie trafiać do wielu kanałów – serwisów internetowych, mediów społecznościowych, kampanii reklamowych lub bezpośredniej komunikacji z klientami. W takiej sytuacji analiza pojedynczego tekstu lub grafiki może nie być wystarczająca. Potrzebne może być określenie zasad, według których firma ocenia materiały powstające przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Oznaczanie treści AI – znaczenie ma rodzaj materiału Jednym z istotnych elementów analizy jest ustalenie, z jakim rodzajem treści mamy do czynienia. Inne zagadnienia mogą pojawić się przy tekście wspomaganym przez narzędzie AI, a inne przy materiałach wykorzystujących wygenerowany lub zmodyfikowany obraz, głos czy wideo. Z punktu widzenia prawnego wykorzystanie AI może łączyć się także z innymi zagadnieniami niż sama transparentność. W zależności od konkretnej sytuacji znaczenie mogą mieć kwestie dotyczące własności intelektualnej, wizerunku, dóbr osobistych, marki czy reputacji przedsiębiorstwa. Dlatego ocena materiałów tworzonych z pomocą sztucznej inteligencji powinna uwzględniać zarówno sposób ich powstania, jak i późniejsze wykorzystanie. Dla przedsiębiorców istotne jest również rozróżnienie pomiędzy sytuacjami, w których wymagane jest poinformowanie odbiorcy, a przypadkami, w których dodatkowe oznaczenie nie jest konieczne. Przyjęcie zasady, że każda treść przygotowana choćby częściowo przy wykorzystaniu AI powinna być automatycznie oznaczana, nie zastępuje analizy prawnej konkretnego zastosowania. Jak firma powinna podejść do obowiązków transparentności AI? W praktyce pierwszym krokiem powinno być zidentyfikowanie procesów, w których firma wykorzystuje sztuczną inteligencję do tworzenia lub modyfikowania treści. Następnie należy ocenić charakter poszczególnych materiałów i sposób, w jaki są one przedstawiane odbiorcom. Jeżeli w określonym przypadku powstaje obowiązek poinformowania odbiorcy o wykorzystaniu AI, pojawiają się kolejne praktyczne pytania: w jaki sposób przekazać taką informację, gdzie ją umieścić oraz jak dostosować oznaczenie do rodzaju materiału i kanału komunikacji. Takie podejście pozwala spojrzeć na transparentność AI nie jako na pojedynczy obowiązek związany z konkretną publikacją, lecz jako element szerszego procesu zarządzania sposobem wykorzystywania sztucznej inteligencji w przedsiębiorstwie. AI Transparency Check – analiza dla firm korzystających z AI W odpowiedzi na te potrzeby Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy stworzyła AI Transparency Check – analizę prawną dla firm wykorzystujących sztuczną inteligencję m.in. w marketingu, social mediach, e-commerce, przy tworzeniu tekstów, grafik, materiałów audio i wideo oraz w komunikacji z klientami. Analiza pomaga ustalić, kiedy treść wymaga oznaczenia, w jaki sposób należy poinformować odbiorcę oraz kiedy dodatkowe oznaczenie nie jest konieczne. Pozwala tym samym odnieść obowiązki związane z transparentnością AI do konkretnych sposobów wykorzystania technologii w działalności przedsiębiorstwa. Dowiedz się więcej: AI Transparency Check

EUDAMED: kto odpowiada za jakość danych o wyrobie
Blog, Sektory regulowane i technologie

EUDAMED: kto odpowiada za jakość danych o wyrobie?

EUDAMED przestał być projektem IT. Kto w przedsiębiorstwie odpowiada dziś za jakość danych o wyrobie? UDAMED: kto odpowiada za jakość danych o wyrobie? Przez kilka lat EUDAMED można było traktować jako system, który dopiero kiedyś stanie się w pełni obowiązkowym elementem europejskiego rynku wyrobów medycznych. Od 28 maja 2026 r. taka perspektywa jest już nieaktualna. Obowiązkowe stało się korzystanie z czterech pierwszych modułów europejskiej bazy danych o wyrobach medycznych: rejestracji podmiotów, UDI i wyrobów, jednostek notyfikowanych i certyfikatów oraz nadzoru rynku. Dwa pozostałe moduły – dotyczące vigilance i nadzoru po wprowadzeniu do obrotu oraz badań klinicznych i badań działania – są jeszcze rozwijane. Nie zmienia to jednak zasadniczego faktu. EUDAMED przestał być projektem informatycznym przygotowywanym na przyszłość. Stał się elementem infrastruktury regulacyjnej przedsiębiorstwa. I właśnie dlatego najważniejszym pytaniem nie jest już, kto w firmie potrafi obsługiwać system. Znacznie ważniejsze jest inne: kto odpowiada za to, aby informacje znajdujące się w EUDAMED były prawidłowe i zgodne z rzeczywistym stanem produktu? Dane regulacyjne mają wielu właścicieli. Producent wyrobu medycznego posiada ogromną liczbę informacji o produkcie. Część znajduje się w dokumentacji technicznej. Część w systemie jakości. Inne informacje posiada Regulatory Affairs, R&D, produkcja, dział kliniczny, osoby zarządzające UDI, dział IT czy jednostka notyfikowana. Problem polega na tym, że z perspektywy regulatora nie istnieje kilka różnych wersji tego samego wyrobu. Istnieje jeden produkt. Jeżeli więc jego klasyfikacja, przeznaczenie, dane identyfikacyjne, informacje dotyczące producenta, certyfikatu i dokumentacji zaczynają się różnić w poszczególnych systemach przedsiębiorstwa, powstaje ryzyko regulacyjne. EUDAMED to ryzyko uwidacznia. Baza integruje bowiem informacje, które wcześniej mogły funkcjonować w większym rozproszeniu. UDI nie jest tylko numerem. Dobrym przykładem jest system UDI. MDR i IVDR wprowadziły unikalną identyfikację wyrobów, która ma umożliwiać ich jednoznaczną identyfikację i zwiększać traceability. Od 28 maja 2026 r. moduł UDI/Devices jest obowiązkowy. Producent musi więc zapewnić rejestrację wymaganych informacji dotyczących wyrobów wprowadzanych na rynek UE. Na pierwszy rzut oka można uznać to za zadanie administracyjne: nadać właściwy identyfikator i wprowadzić dane do systemu. Tyle że UDI jest powiązany z tożsamością regulacyjną produktu. Zmiana produktu może oznaczać konieczność oceny, czy dotychczasowa identyfikacja pozostaje prawidłowa. Zmiana danych w jednym systemie może wymagać aktualizacji w innym. Informacja umieszczona w EUDAMED musi odpowiadać temu, co wynika z dokumentacji produktu i jego rzeczywistego statusu. Wtedy problem przestaje dotyczyć samego wprowadzania danych. Dotyczy zarządzania zmianą. R&D zmienia produkt, ale kto zmienia jego dane regulacyjne? Wyobraźmy sobie typową sytuację. Zespół R&D wprowadza modyfikację wyrobu. Z perspektywy technologicznej zmiana jest uzasadniona i została prawidłowo wdrożona. Ale zmiana produktu może uruchamiać konsekwencje w kilku miejscach jednocześnie. Trzeba ustalić jej znaczenie regulacyjne, ocenić wpływ na dokumentację techniczną, certyfikację, informacje o produkcie, UDI i dane znajdujące się w EUDAMED. Jeżeli proces zarządzania zmianą nie łączy tych obszarów, firma może mieć prawidłowo zmodyfikowany produkt i jednocześnie nieaktualny obraz tego produktu w systemie regulacyjnym. Dlatego odpowiedzialność za EUDAMED nie powinna zaczynać się w chwili logowania do bazy. Powinna zaczynać się wcześniej – w procedurach change management. Certyfikat tworzy kolejne źródło danych. Podobny problem dotyczy informacji o certyfikatach. Moduł Notified Bodies & Certificates również stał się obowiązkowy 28 maja 2026 r. Jednostki notyfikowane rejestrują w nim informacje dotyczące wydanych certyfikatów, ich zmian, uzupełnień, zawieszenia, przywrócenia, cofnięcia, odmowy wydania czy innych ograniczeń. Informacje te są publicznie dostępne. To oznacza, że dane producenta nie funkcjonują w izolacji. Mogą być zestawiane z informacjami pochodzącymi od jednostki notyfikowanej. Jeżeli system producenta wskazuje jedno, certyfikat drugie, a EUDAMED trzecie, nie jest to już problem estetyki danych. Powstaje pytanie, który obraz produktu jest prawidłowy. Publiczna baza zmienia znaczenie błędu. EUDAMED ma zwiększać transparentność rynku. Część informacji jest dostępna nie tylko organom, lecz również profesjonalistom medycznym, kontrahentom i opinii publicznej. To zmienia konsekwencje błędu. Nieprawidłowa informacja w wewnętrznym arkuszu może zostać zauważona i poprawiona przez pracownika. Nieprawidłowa informacja w europejskiej bazie regulacyjnej może być dostrzeżona przez organ nadzoru, jednostkę notyfikowaną, dystrybutora, szpital albo konkurenta. Jakość danych staje się więc również elementem reputacji regulacyjnej producenta. Kto powinien być właścicielem danych? Najprostsza odpowiedź brzmiałaby: Regulatory Affairs. Byłaby jednak niewystarczająca. RA może odpowiadać za proces regulacyjny i formalne wprowadzenie danych, ale nie jest źródłem wszystkich informacji. R&D wie, co zmieniło się w produkcie. Quality posiada informacje dotyczące systemu jakości i procesów. Dział kliniczny zarządza częścią danych klinicznych. Produkcja zna rzeczywiste parametry procesu. IT utrzymuje systemy, z których dane są pobierane. Zarząd podejmuje decyzje dotyczące portfolio i rynku. Dlatego lepszym modelem nie jest wskazanie jednej osoby, która „odpowiada za EUDAMED”. Potrzebne jest ustalenie właścicieli poszczególnych danych i procesu, który zapewnia ich spójność. Jedna funkcja powinna wiedzieć, kto jest źródłem informacji, kto ją zatwierdza, gdzie jest ona wykorzystywana i jakie inne dane trzeba zmienić, jeżeli zmienia się informacja źródłowa. To klasyczne data governance – tyle że dotyczące danych regulacyjnych.„Mamy procedurę” może nie wystarczyćPrzy kontroli problemem może nie być samo istnienie błędu. Znaczenie będzie miało również to, czy przedsiębiorstwo potrafi wykazać, w jaki sposób zarządza jakością informacji. Kto zatwierdził zmianę? Kiedy ustalono, że wymaga aktualizacji danych? Kto miał obowiązek ją przeprowadzić? Czy aktualizacja została zweryfikowana? Dlaczego rozbieżność nie została wcześniej wykryta? W przedsiębiorstwie posiadającym setki albo tysiące wyrobów odpowiedź nie może zależeć od pamięci jednej osoby. Musi wynikać z systemu. EUDAMED może ujawnić słabość organizacji. I właśnie tu znajduje się najciekawszy aspekt nowej fazy funkcjonowania EUDAMED. Baza nie tworzy wszystkich problemów związanych z danymi. Część z nich istniała wcześniej. EUDAMED powoduje natomiast, że trudniej je ukryć w rozproszonych systemach, arkuszach i departamentach. Jeżeli przedsiębiorstwo nie ma spójnego master data dla produktów, niewłaściwie zarządza zmianami albo nie określiło właścicieli informacji regulacyjnych, europejska baza może stać się miejscem, w którym te słabości staną się widoczne. Dlatego wdrożenie EUDAMED nie powinno kończyć się szkoleniem użytkowników systemu. Powinno prowadzić do pytania o architekturę odpowiedzialności wewnątrz przedsiębiorstwa. Z sześciu modułów działają obowiązkowo cztery. To dopiero początek. Warto pamiętać, że EUDAMED składa się z sześciu powiązanych modułów. Obowiązkowe są obecnie cztery. Moduły dotyczące vigilance i PMS oraz badań klinicznych i badań działania mają zostać uruchomione później. Oznacza to, że zakres danych regulacyjnych funkcjonujących w jednym europejskim ekosystemie będzie się zwiększał. Przedsiębiorstwo, które dziś uporządkuje odpowiedzialność za dane wyłącznie na potrzeby aktualnie obowiązkowych

Nowa mobilność z perspektywy prawa
Aktualności, Sektory regulowane i technologie

Nowa mobilność z perspektywy prawa

Nowa mobilność z perspektywy prawa to znacznie więcej niż regulacje dotyczące elektromobilności. Rozwój nowych modeli transportu łączy dziś kwestie energetyczne, inwestycyjne, kontraktowe, technologiczne i cyberbezpieczeństwo, dlatego realizacja takich projektów wymaga coraz częściej kompleksowego podejścia prawnego. Nowa mobilność staje się jednym z obszarów, w których szczególnie wyraźnie widać, jak rozwój technologii zmienia sposób prowadzenia biznesu. Elektryfikacja transportu, rozwiązania autonomiczne, rozwój infrastruktury, transformacja energetyczna czy technologie cyfrowe tworzą nowe możliwości inwestycyjne, ale jednocześnie powodują powstawanie nowych zależności pomiędzy przedsiębiorcami. Nowa mobilność z perspektywy prawa oznacza więc potrzebę spojrzenia na projekt szerzej niż przez pryzmat pojedynczej regulacji. W zależności od modelu przedsięwzięcia przedsiębiorca może zetknąć się równocześnie z zagadnieniami prawa energetycznego, gospodarczego i kontraktowego, cyberbezpieczeństwa, nieruchomości, ochrony środowiska czy własności intelektualnej. O tych zależnościach warto rozmawiać właśnie tam, gdzie spotykają się biznes, inwestycje i technologia. Kancelarię Prawną Chałas i Wspólnicy podczas Kongresu Nowej Mobilności w Katowicach reprezentuje Jarosław Chałas, Partner Zarządzający CHWP. Nowa technologia to również nowe relacje kontraktowe Wprowadzenie nowego rozwiązania na rynek zwykle oznacza współpracę wielu podmiotów. Dostawcy technologii, inwestorzy, wykonawcy infrastruktury czy partnerzy biznesowi mogą odpowiadać za różne elementy tego samego przedsięwzięcia. Z perspektywy prawnej istotne staje się zatem odpowiednie określenie zakresu zobowiązań poszczególnych stron. Umowa powinna odpowiadać rzeczywistemu modelowi projektu: wskazywać obowiązki uczestników, zasady współpracy, odpowiedzialność oraz mechanizmy reagowania na sytuacje, które mogą wpłynąć na jego realizację. Ma to szczególne znaczenie w przypadku przedsięwzięć wykorzystujących rozwiązania, które szybko się rozwijają. Model biznesowy i technologia mogą zmieniać się szybciej niż otoczenie regulacyjne, dlatego kwestie prawne powinny być analizowane już na etapie projektowania współpracy, a nie dopiero po powstaniu sporu. Infrastruktura i energia jako część jednego projektu Rozwój elektromobilności pokazuje również coraz silniejsze powiązanie transportu z energetyką i infrastrukturą. Dla przedsiębiorcy oznacza to, że projekt związany z mobilnością może wymagać uwzględnienia regulacji właściwych dla sektora energetycznego, a równocześnie odpowiedniego przygotowania samej inwestycji i relacji kontraktowych pomiędzy jej uczestnikami. Im bardziej rozbudowane przedsięwzięcie, tym większe znaczenie ma prawidłowe rozpoznanie tych zależności przed rozpoczęciem jego realizacji. Błąd w jednym obszarze może bowiem wpływać na kolejne elementy projektu – jego harmonogram, koszty, odpowiedzialność stron czy możliwość osiągnięcia zakładanego modelu biznesowego. Technologie cyfrowe zmieniają katalog ryzyk Nowoczesna mobilność jest również coraz silniej uzależniona od oprogramowania, danych i systemów cyfrowych. To powoduje, że obok tradycyjnych zagadnień inwestycyjnych i kontraktowych pojawiają się kwestie cyberbezpieczeństwa oraz ochrony rozwiązań technologicznych. Dla przedsiębiorców oznacza to konieczność analizowania nie tylko tego, co dana technologia pozwala zrobić, ale także na jakich zasadach można z niej korzystać, kto ponosi odpowiedzialność za poszczególne elementy rozwiązania i jakie obowiązki dotyczą bezpieczeństwa wykorzystywanych systemów. W projektach tworzonych wspólnie przez kilka podmiotów znaczenie mogą mieć również prawa do technologii i innych rezultatów współpracy. Odpowiednie uregulowanie tych kwestii może decydować o późniejszej możliwości rozwijania oraz komercjalizacji rozwiązania. Odpowiedzialność powinna być projektowana razem z technologią Szczególnie interesujące pytania prawne pojawiają się wraz z rozwojem automatyzacji i rozwiązań autonomicznych. Im większą część procesu przejmuje technologia, tym istotniejsze staje się precyzyjne określenie odpowiedzialności podmiotów uczestniczących w jej tworzeniu, dostarczaniu i wykorzystywaniu. Z punktu widzenia przedsiębiorcy zarządzanie takim ryzykiem zaczyna się znacznie wcześniej niż w momencie ewentualnego sporu. Znaczenie mają już konstrukcja projektu, dobór partnerów, zakres zawieranych umów oraz sposób podziału obowiązków i odpowiedzialności. Podobna zasada dotyczy bezpieczeństwa. Wraz ze wzrostem znaczenia technologii cyfrowych odporność systemów staje się elementem nie tylko zarządzania operacyjnego, ale również otoczenia regulacyjnego przedsiębiorstwa. Prawo jako element skalowania nowych modeli biznesowych Nowa mobilność dobrze ilustruje zmianę, która zachodzi również w innych sektorach gospodarki. Coraz trudniej analizować projekt technologiczny wyłącznie w ramach jednej dziedziny prawa. Inwestycja może jednocześnie wymagać analizy regulacyjnej, przygotowania struktury kontraktowej, zabezpieczenia praw do technologii, oceny ryzyk cyberbezpieczeństwa oraz uwzględnienia aspektów związanych z nieruchomościami czy ochroną środowiska. Dlatego zadaniem obsługi prawnej nie jest wyłącznie reagowanie na problemy pojawiające się podczas realizacji przedsięwzięcia. W przypadku innowacyjnych projektów istotne jest również odpowiednio wczesne rozpoznanie ryzyk i przełożenie regulacji na konkretne rozwiązania biznesowe. Właśnie ta relacja pomiędzy technologią, inwestycjami i prawem jest jednym z interesujących kontekstów Kongresu Nowej Mobilności w Katowicach, w którym uczestniczy Jarosław Chałas, Partner Zarządzający Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy. Dla przedsiębiorców rozwijających nowe modele mobilności najważniejsze pytanie prawne nie sprowadza się więc do tego, jakie przepisy mają zastosowanie. Równie istotne jest to, jak zaprojektować przedsięwzięcie, aby regulacje, umowy i podział odpowiedzialności wspierały jego rozwój zamiast stawać się barierą na etapie skalowania. Dowiedz się więcej: prawo dla biznesu

jak uniknąć konfliktu wspólników
Blog, Korporacje, transakcje i spory

Jak uniknąć konfliktu wspólników?

Jak uniknąć konfliktu wspólników? To pytanie zazwyczaj pada o kilka lat za późno Jak uniknąć konfliktu wspólników? To pytanie pada za późno. Jedno z częstszych pytań, które słyszę od klientów uwikłanych już w poważny konflikt korporacyjny, brzmi: co można było zrobić, żeby do tego nie dopuścić? To bardzo dobre pytanie. Problem polega na tym, że najczęściej zostaje zadane o kilka lat za późno. Wspólnicy nie rozmawiają już ze sobą bezpośrednio. Zarząd jest polem walki. Każda uchwała staje się przedmiotem sporu. Pojawiają się zarzuty dotyczące wynagrodzeń, wydatków, konkurencji, dostępu do informacji albo działania na szkodę spółki. Ktoś blokuje sprzedaż udziałów, ktoś inny zatrzymuje dywidendę. Prawnicy obu stron analizują dokumenty, szukając instrumentów, których wcześniej nikt nie uważał za potrzebne. I wtedy pada pytanie: jak się przed tym zabezpieczyć? Odpowiedź bywa niewygodna. Przed konfliktem wspólników najlepiej zabezpieczać się wtedy, kiedy żadnego konfliktu jeszcze nie ma. Optymizm jest dobry w biznesie. W dokumentach korporacyjnych już niekoniecznie. Większość nowych przedsięwzięć rozpoczyna się w podobnej atmosferze. Jest pomysł. Są ludzie, którzy chcą go wspólnie realizować. Każdy wnosi pieniądze, wiedzę, relacje albo pracę. Perspektywy wyglądają dobrze. Rozmawianie w takim momencie o konflikcie, blokowaniu decyzji, odejściu wspólnika czy sposobie wyceny jego udziałów wydaje się niektórym niemal niestosowne. „Przecież sobie ufamy”. „Znamy się od dwudziestu lat”. „Nie ma sensu komplikować prostego biznesu”. „Jak będzie problem, to się dogadamy”. Właśnie wtedy trzeba zacząć zadawać trudne pytania. Nie dlatego, że nie ufamy przyszłym wspólnikom. Dlatego, że racjonalizmu nie należy mylić z brakiem zaufania. Podobnie jak zaufania nie należy mylić z wiarą. To dwie zupełnie różne rzeczy. W biznesie zaufanie powinno mieć oparcie w transparentności, możliwości uzyskania informacji, kontroli najważniejszych decyzji i przewidywalności zachowań. Wiara nie potrzebuje takich mechanizmów. Można na niej budować relacje osobiste. Znacznie ostrożniej budowałbym na niej spółkę. Dokumentów nie pisze się tylko na dobre czasy. Umowa spółki albo statut bardzo często powstają tak, jak gdyby obecne relacje pomiędzy wspólnikami miały trwać wiecznie. To błąd konstrukcyjny. Dobrze zaprojektowane dokumenty korporacyjne powinny działać w dwóch zupełnie różnych światach. W pierwszym wspólnicy współpracują, ufają sobie i mają wspólny cel. W drugim ich interesy są już przeciwstawne. Jeżeli dokument działa wyłącznie w pierwszym świecie, jego wartość ochronna jest ograniczona. W czasach dobrej współpracy większość problemów można przecież rozwiązać rozmową. Prawdziwy test zaczyna się dopiero wtedy, gdy porozumienia już nie ma. Dlatego przed wejściem do spółki proponuję przeprowadzić prosty eksperyment myślowy. Przyjmijmy na chwilę najgorszy wariant: wszyscy pozostali wspólnicy i członkowie organów spółki są przeciwko mnie. Co mogę wtedy rzeczywiście zrobić? Nie chodzi o budowanie atmosfery podejrzliwości. Chodzi o sprawdzenie jakości własnej pozycji prawnej. I nagle procent udziałów przestaje być jedyną istotną informacją. Pierwsze pytanie: jakie będę miał realne instrumenty działania? Wspólnik może mieć 20, 30 czy 40 proc. udziałów i uważać, że daje mu to istotną pozycję w spółce. Niekoniecznie. Procent udziałów mówi przede wszystkim o strukturze własności. Nie odpowiada jeszcze na pytanie o realną sprawczość. Trzeba więc zapytać inaczej. Co będę mógł zrobić, jeżeli pozostali wspólnicy zaczną głosować wspólnie? Czy mam wpływ na skład zarządu lub rady nadzorczej? Czy określone decyzje wymagają mojego udziału albo kwalifikowanej większości? Jakie mam uprawnienia informacyjne? Czy mogę skutecznie kontrolować sytuację finansową spółki? Co stanie się, jeżeli większość postanowi przez kilka lat nie wypłacać dywidendy? Jak wygląda możliwość dokapitalizowania spółki? Czy można zmienić strukturę biznesu w sposób, który ekonomicznie pozbawi mnie znaczenia? Nie każda spółka potrzebuje rozbudowanego systemu wet. Nadmierna liczba spraw wymagających jednomyślności może sparaliżować przedsiębiorstwo równie skutecznie jak konflikt wspólników. Chodzi więc nie o maksymalną liczbę zabezpieczeń, lecz o właściwe rozłożenie władzy. Mniejszościowy wspólnik nie powinien móc zarządzać większością. Ale mniejszościowy wspólnik nie musi również być bezbronny. Drugie pytanie: jak wyjdę, jeżeli wspólnego biznesu nie będzie już można prowadzić? To być może najczęściej niedoceniany element. Na początku wszyscy zastanawiają się, jak wejść do biznesu. Niewielu zastanawia się, jak z niego wyjść. A przecież spółka nie jest małżeństwem zawieranym z założeniem, że jedyną możliwością zakończenia relacji jest wspólne dojście do porozumienia. W szczególności wspólnik mniejszościowy powinien przed inwestycją odpowiedzieć sobie na pytanie: kto kupi moje udziały, jeżeli za trzy lata będę chciał odejść? W spółce niepublicznej odpowiedź „sprzedam je komuś” może okazać się bardzo teoretyczna. Na mniejszościowy pakiet udziałów w skonfliktowanej spółce może nie być rynku. Umowa spółki może ograniczać jego zbycie. Pozostali wspólnicy mogą nie być zainteresowani zakupem albo przeciwnie – mogą być zainteresowani, ale wyłącznie po cenie, którą sami uznają za odpowiednią. I wtedy wspólnik posiada formalnie wartościowy składnik majątku, którego praktycznie nie potrafi spieniężyć. Dlatego mechanizm wyjścia powinien być projektowany przy wejściu. Kiedy można wyjść? Kto może lub musi odkupić udziały? Jak ustala się cenę? Kto dokonuje wyceny? Co się dzieje, jeżeli strony nie zgadzają się co do wartości? Jak uwzględnia się zadłużenie, środki pieniężne, wyniki bieżącego roku czy nadzwyczajne zdarzenia? W jakim terminie następuje zapłata i jak jest zabezpieczona? Mechanizm, który mówi jedynie „wspólnik może sprzedać udziały”, nie jest jeszcze mechanizmem wyjścia. Prawdziwy mechanizm wyjścia powinien odpowiadać również na pytanie: czy będę mógł wyjść na racjonalnych i rzetelnych warunkach ekonomicznych? Trzecie pytanie: co się stanie, gdy zaczniemy szukać na siebie argumentów? Ten etap konfliktu jest szczególnie charakterystyczny. Na początku spór dotyczy jednej konkretnej kwestii. Po pewnym czasie strony zaczynają przeglądać kilka lat wspólnej działalności. Dlaczego ten wydatek został zaakceptowany? Czy wynagrodzenie było właściwie ustalone? Czy można było zawrzeć tę umowę? Czy wystąpił konflikt interesów? Czy wspólnik prowadził działalność konkurencyjną? Czy zarząd miał odpowiednią zgodę? Czy koszt poniesiony przez spółkę rzeczywiście był związany z jej działalnością? To, co przez lata było normalnym elementem funkcjonowania przedsiębiorstwa, nagle zostaje poddane drobiazgowej analizie. Nie da się umową wyłączyć odpowiedzialności za rzeczywiste naruszenia prawa ani stworzyć immunitetu dla nierzetelnego działania. Można jednak znacznie ograniczyć przestrzeń dla sporów wynikających z niejasności. Precyzyjnie określić kompetencje. Zasady wynagradzania. Transakcje z podmiotami powiązanymi. Zakres dopuszczalnej działalności konkurencyjnej. Procedury zatwierdzania określonych decyzji. Obowiązki informacyjne. Sposób dokumentowania zgód. Im więcej kluczowych reguł pozostaje w sferze „przecież wszyscy wiedzieliśmy, że tak to działa”, tym więcej materiału otrzymują strony przyszłego konfliktu. Dobra umowa nie eliminuje możliwości formułowania wydumanych roszczeń. Powinna natomiast sprawić, że znacznie trudniej będzie zbudować je na niejasności zasad, które sami

Nie ma jednego dobrego negocjatora. Jest tylko taki, któremu druga strona uwierzy
Blog, Korporacje, transakcje i spory

Nie ma jednego dobrego negocjatora. Jest tylko taki, któremu druga strona uwierzy

Nie ma jednego dobrego negocjatora. Jest tylko taki, któremu druga strona uwierzy Nie ma jednego dobrego negocjatora. Jest tylko taki, któremu druga strona uwierzy. Przez lata przy stołach negocjacyjnych spotykałem bardzo różnych ludzi. Jedni od pierwszych minut próbują przejąć kontrolę nad rozmową. Mówią zdecydowanie, stawiają granice, nie pozostawiają wiele przestrzeni na wątpliwości. Inni są koncyliacyjni. Szukają punktów wspólnych, łagodzą napięcie, sprawiają wrażenie, że przede wszystkim zależy im na porozumieniu. Są negocjatorzy agresywni. Są niezwykle uprzejmi. Są erudyci, którzy potrafią w jednej rozmowie połączyć prawo, ekonomię, psychologię i historię biznesu. Są również tacy, którzy sprawiają wrażenie, jakby niewiele rozumieli. Pytają po raz trzeci o to samo. Proszą o ponowne wyjaśnienie rzeczy pozornie oczywistej. Myślą długo. Gubią wątek. Druga strona zaczyna więc tłumaczyć więcej, niż zamierzała. A potem okazuje się, że negocjator, który rzekomo nie nadążał za rozmową, zapamiętał jedno zdanie wypowiedziane godzinę wcześniej i właśnie na nim buduje propozycję kończącą negocjacje. Spotkałem też negocjatorów, których najskuteczniejszym narzędziem była nuda. Wracali do tych samych punktów. Analizowali szczegół po szczególe. Nie reagowali na próby przyspieszenia rozmowy. Po kilku godzinach druga strona chciała już przede wszystkim skończyć spotkanie. I właśnie wtedy pojawiało się ustępstwo. Czy można więc powiedzieć, który styl negocjowania jest najlepszy? Po latach praktyki mam coraz większe przekonanie, że nie. Najgorsza rola to taka, w którą sami nie wierzymy Człowiek z natury spokojny, analityczny i powściągliwy może oczywiście przeczytać książkę o negocjacjach i postanowić, że od jutra będzie negocjatorem agresywnym. Może podnosić głos. Może uderzyć dłonią w stół. Może powiedzieć, że oferta jest ostateczna i za pięć minut wychodzi. Problem polega na tym, że druga strona prawdopodobnie zobaczy człowieka, który właśnie próbuje uderzyć dłonią w stół. Nie negocjatora, którego rzeczywiście poniosła złość.I odwrotnie. Osoba dominująca, szybka i przyzwyczajona do podejmowania decyzji może próbować odgrywać rolę nieśmiałego, zagubionego uczestnika rozmowy. Jeżeli nie potrafi kontrolować własnych reakcji, po kilkunastu minutach wróci do naturalnego sposobu zachowania. W negocjacjach niespójność jest informacją. Dlatego naturalny styl ma ogromną przewagę: jest wiarygodny. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy na niego skazani. Osobowość to punkt wyjścia, nie strategia To rozróżnienie wydaje mi się szczególnie ważne. Mogę być człowiekiem koncyliacyjnym, ale nie oznacza to, że powinienem prowadzić koncyliacyjnie każde negocjacje. Mogę być naturalnie twardym negocjatorem, ale w określonej sytuacji demonstracja siły będzie błędem. Styl osobisty i strategia negocjacyjna to dwie różne rzeczy. Pierwszy mówi o tym, jak naturalnie komunikuję się z ludźmi. Druga odpowiada na pytanie: co chcę osiągnąć w tej konkretnej rozmowie? Jeżeli negocjuję wyjście wspólnika ze spółki, w której pozostali wspólnicy będą jeszcze przez lata prowadzić wspólny biznes, mogę potrzebować zupełnie innego sposobu działania niż przy jednorazowym sporze o zapłatę. Jeżeli druga strona musi zachować twarz przed własnym zarządem, upokorzenie jej nawet bardzo dobrym argumentem może być strategicznie fatalne. Jeżeli natomiast ktoś od miesięcy wykorzystuje koncyliacyjne zachowanie jako sygnał słabości, kolejne uprzejme zaproszenie do kompromisu może tylko utwierdzić go w przekonaniu, że nie musi ustępować. Profesjonalny negocjator nie pyta więc: „jaki mam styl?”. Pyta: „jakiego sposobu prowadzenia tej rozmowy wymaga sytuacja?” Twardy nie zawsze znaczy skuteczny W biznesie istnieje pewien kult twardego negocjatora. To człowiek, który nie ustępuje, wytrzymuje presję, stawia ultimatum i potrafi powiedzieć „nie”. Tyle że skuteczności negocjatora nie mierzy się liczbą razy, kiedy powiedział „nie”. Mierzy się rezultatem. Można wygrać każdy punkt negocjacji i przegrać transakcję. Można wynegocjować znakomitą umowę, której druga strona od pierwszego dnia będzie szukała sposobu, żeby nie wykonywać. Można również ustąpić w sprawie, która dla nas ma niewielką wartość, uzyskując w zamian coś znacznie ważniejszego. Twardość jest narzędziem. Tak samo jak koncyliacyjność. Błędem jest dopiero używanie jednego z tych narzędzi niezależnie od sytuacji. Agresja bywa skuteczna. Ale ma swoją cenę Nie uważam, że agresywny styl negocjowania jest z definicji zły. Czasem działa. Może wytrącić drugą stronę z przygotowanego scenariusza. Może spowodować, że mniej doświadczony negocjator zacznie się tłumaczyć. Może również komunikować determinację tam, gdzie druga strona błędnie zakładała, że jej nie mamy. Problem zaczyna się wtedy, gdy agresja zastępuje strategię. Krzyk nie zmienia treści umowy. Oburzenie nie tworzy podstawy prawnej. Ultimatum bez wiarygodnej alternatywy pozostaje tylko zdaniem wypowiedzianym głośniej od innych. Agresywny negocjator ma jeszcze jeden problem. Po pewnym czasie staje się przewidywalny. Jeżeli wiem, że przy każdym ważniejszym punkcie przeciwnik podniesie głos, zagrozi zerwaniem rozmów i wyjdzie z sali, jego zachowanie przestaje wywierać presję. Staje się częścią scenariusza. A negocjator, który niczego nie rozumie? To znacznie ciekawsza figura. Udawana niewiedza może być bardzo skutecznym narzędziem. „Nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem. Dlaczego właściwie ta kwota została obliczona właśnie w taki sposób?” Druga strona zaczyna tłumaczyć. „Przepraszam, ale nadal czegoś tu nie rozumiem. Skoro twierdzicie Państwo, że ten element nie ma większego znaczenia, dlaczego tak stanowczo odmawiacie jego zmiany?” I nagle rozmówca musi uzasadnić nie tylko stanowisko, lecz również własną motywację. To jest niezwykle wartościowe. Człowiek przekonany, że rozmawia z kimś mniej zorientowanym, często obniża poziom kontroli nad informacją. Zaczyna edukować przeciwnika. A edukując, ujawnia sposób myślenia. Trzeba jednak umieć tę rolę zagrać. Udawanie niewiedzy przez człowieka, który za wszelką cenę chce pokazać, że jest najmądrzejszy przy stole, jest prawie niemożliwe. Ego jest jednym z największych wrogów negocjatora. Erudycja pomaga. Pod warunkiem że nie służy do jej demonstrowania Lubię negocjacje, w których rozmowa wychodzi poza literalne brzmienie dokumentu. Znajomość prawa jest oczywiście konieczna. Ale przy poważnych negocjacjach sama wiedza prawna rzadko wystarcza. Trzeba rozumieć biznes. Czasem finanse. Czasem psychologię organizacji. Czasem historię relacji między wspólnikami. Czasem technologię albo specyfikę branży. Erudycja daje ogromną przewagę, ponieważ pozwala kojarzyć informacje, które dla innych pozostają odrębnymi faktami. Ale tylko wtedy, gdy wykorzystujemy ją do rozumienia sytuacji. Nie do demonstrowania własnej inteligencji. Negocjator, który musi wygrać każdą dyskusję, często przegrywa negocjacje. Nie potrzebuję, żeby druga strona po spotkaniu uznała mnie za najmądrzejszego człowieka przy stole. Potrzebuję, żeby zgodziła się na rozwiązanie, które realizuje mój cel. To nie zawsze jest to samo. A NLP? Wokół negocjacji narosła cała kultura technik psychologicznych. Dopasowywanie gestów. Sposób siedzenia. Tempo mówienia. Określone konstrukcje językowe. Kotwiczenie. Techniki wpływu. Nie twierdzę, że komunikacja niewerbalna czy mechanizmy psychologiczne nie mają znaczenia. Mają. Byłbym jednak ostrożny z przekonaniem, że istnieje zestaw technik pozwalający

Nie tylko członek zarządu. Fiskus chce inaczej rozliczać menedżerów z podatkowych długów spółki
Blog, Sektory regulowane i technologie

Nie tylko członek zarządu. Fiskus chce inaczej rozliczać menedżerów z podatkowych długów spółki

Nie tylko członek zarządu. Fiskus chce inaczej rozliczać menedżerów z podatkowych długów spółki Nie tylko członek zarządu. Fiskus chce inaczej rozliczać menedżerów z podatkowych długów spółki. Spółka ma zaległość podatkową, której nie jest w stanie zapłacić. Kto powinien odpowiadać własnym majątkiem? Dotychczas odpowiedź w przypadku spółek kapitałowych była w dużym stopniu związana z formalnym statusem członka zarządu. Projekt zmian w Ordynacji podatkowej oznaczony jako UC138 proponuje spojrzeć na problem inaczej. Znaczenie ma mieć nie tylko to, kto formalnie zasiadał w zarządzie, ale również kto faktycznie zarządzał spółką i czy osoby odpowiedzialne dochowały należytej staranności, aby zapobiec powstaniu zaległości podatkowej. Jeżeli rozwiązania te zostaną przyjęte, będzie to istotna zmiana nie tylko dla członków zarządów. Powinni się jej uważnie przyjrzeć również właściciele aktywnie uczestniczący w zarządzaniu, dyrektorzy finansowi i inni menedżerowie, których rzeczywisty wpływ na prowadzenie przedsiębiorstwa może być znacznie większy, niż wynika z wpisu w KRS. Paradoksalnie impulsem do przygotowania nowych przepisów nie była chęć prostego zaostrzenia odpowiedzialności menedżerów. Były nim dwa wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE z 2025 r. dotyczące polskich zasad odpowiedzialności członków zarządu za zaległości podatkowe spółek. Ministerstwo Finansów wskazuje wprost, że celem projektu jest dostosowanie art. 116 Ordynacji podatkowej do standardów wynikających z orzeczeń C-277/24 i C-278/24. Zmiana ma więc również wzmacniać gwarancje osoby, wobec której fiskus chce orzec odpowiedzialność. Jednocześnie jednak projekt otwiera zupełnie nową dyskusję o tym, kogo w przedsiębiorstwie można uznać za rzeczywistego zarządzającego i czego państwo może wymagać od menedżera w zakresie nadzoru nad podatkami. I właśnie ten drugi aspekt może mieć dla przedsiębiorstw największe znaczenie. Obecny art. 116 Ordynacji podatkowej wiąże odpowiedzialność za zaległości podatkowe spółki z o.o., prostej spółki akcyjnej i spółki akcyjnej przede wszystkim z członkostwem w zarządzie. Jest to odpowiedzialność osobista i solidarna, uruchamiana po spełnieniu ustawowych przesłanek, w szczególności związanych z bezskutecznością egzekucji z majątku spółki. Członek zarządu może uwolnić się od niej poprzez wykazanie jednej z ustawowych przesłanek egzoneracyjnych. Projekt proponuje zmianę samej konstrukcji. W miejsce dotychczasowego skoncentrowania odpowiedzialności na członkach zarządu pojawia się pojęcie „osoby zarządzającej”. Ma ono obejmować zarówno osoby formalnie pełniące określone funkcje w spółce, jak i – w określonych warunkach – osoby faktycznie nią zarządzające. To rozwiązanie ma swoją logikę. W rzeczywistości gospodarczej formalna struktura korporacyjna nie zawsze odpowiada rzeczywistemu centrum podejmowania decyzji. Można wyobrazić sobie właściciela, byłego członka zarządu czy menedżera, który nie pełni funkcji organowej, ale w praktyce decyduje o najważniejszych sprawach przedsiębiorstwa. Z drugiej strony formalny członek wieloosobowego zarządu może mieć ograniczony rzeczywisty wpływ na określony obszar działalności. Przeniesienie punktu ciężkości z samego wpisu w KRS na rzeczywisty sposób zarządzania może więc prowadzić do bardziej indywidualnej oceny odpowiedzialności. Tworzy jednak również nowe ryzyko. Granica pomiędzy doradzaniem zarządowi, wykonywaniem kompetencji dyrektora finansowego, sprawowaniem właścicielskiego nadzoru a faktycznym zarządzaniem spółką nie zawsze jest oczywista. Im bardziej odpowiedzialność ma zależeć od rzeczywistego wpływu, tym większego znaczenia nabiera precyzyjne ustalenie, kto faktycznie podejmował decyzje. Jeszcze ciekawsza jest druga część projektowanej konstrukcji – należyta staranność. Projekt zakłada możliwość uwolnienia się od odpowiedzialności m.in. poprzez wykazanie, że osoba zarządzająca dochowała należytej staranności w pełnieniu obowiązków lub faktycznym zarządzaniu spółką w celu zapobieżenia powstaniu zaległości podatkowej. To zasadniczo zmienia perspektywę. Pytanie może już nie dotyczyć tylko tego, czy ktoś był członkiem zarządu w momencie, w którym powstała zaległość. Trzeba będzie również badać, jak wykonywał swoje obowiązki. Projekt z marca 2026 r. próbuje ten standard opisać. Od osoby zarządzającej oczekuje m.in. odpowiednich kwalifikacji, wiedzy i umiejętności. Przewiduje też odpowiedzialność każdej osoby zarządzającej za ogół spraw spółki. Nie oznacza to oczywiście, że każdy członek zarządu dużego przedsiębiorstwa ma samodzielnie obliczać VAT, CIT czy podatek u źródła. Takie rozumienie należytej staranności byłoby oderwane od sposobu funkcjonowania współczesnych organizacji. Zarządzanie polega przecież również na podziale zadań, korzystaniu z wyspecjalizowanych pracowników i doradców oraz budowaniu systemów kontroli. Prawdziwe pytanie brzmi więc inaczej: kiedy menedżer może racjonalnie polegać na osobach, którym powierzył określone zadania, a kiedy powinien zainteresować się problemem osobiście? Wyobraźmy sobie zarząd spółki, który ma profesjonalny dział finansowy, główną księgową i zewnętrznego doradcę podatkowego. Zarząd otrzymuje regularne raporty i nie ma informacji o istotnych nieprawidłowościach. To zupełnie inna sytuacja niż ta, w której CFO od kilku miesięcy sygnalizuje poważny problem podatkowy, płatności podatków są przesuwane ze względu na problemy z płynnością, a zarząd nie podejmuje żadnej reakcji. W obu przypadkach członkowie zarządu mogą przecież formalnie powiedzieć: „podatkami zajmował się dział finansowy”. Tyle że z punktu widzenia należytej staranności te sytuacje trudno traktować identycznie. I tutaj projektowana regulacja zaczyna dotykać corporate governance. Jeżeli możliwość uwolnienia się od odpowiedzialności będzie zależała od wykazania należytej staranności, w praktyce pojawi się problem dowodowy. Po kilku latach trzeba będzie odtworzyć, co menedżer wiedział, jakie informacje otrzymywał, jakie pytania zadawał, komu powierzył określone zadania i jak zareagował, gdy pojawiło się ryzyko. Nie chodzi o tworzenie dokumentów wyłącznie po to, aby kiedyś pokazać je organowi podatkowemu. Chodzi o coś bardziej fundamentalnego: organizacja powinna pozostawiać ślad pozwalający wykazać, że nadzór rzeczywiście istniał. Uchwała zarządu może być takim dowodem. Podobnie raport CFO, opinia podatkowa, protokół z posiedzenia, decyzja o korekcie rozliczenia albo informacja o wdrożeniu rekomendacji doradcy. Żaden z tych dokumentów sam w sobie nie daje automatycznej ochrony. Razem mogą jednak pokazywać sposób działania organizacji i konkretnego menedżera. W tym sensie podatki zaczynają przypominać inne obszary współczesnego ryzyka regulacyjnego. W cyberbezpieczeństwie zarząd nie musi konfigurować systemów informatycznych, ale powinien zapewnić odpowiedni nadzór nad ryzykiem. W compliance nie prowadzi każdego postępowania wyjaśniającego, ale powinien wiedzieć, czy system działa. Podobnie przy podatkach – specjalizacja jest nieunikniona, lecz delegowanie wykonywania czynności nie musi oznaczać całkowitego wyłączenia zainteresowania zarządu ich prawidłowością. Projekt UC138 może tę różnicę uczynić znacznie bardziej praktyczną. Jest przy tym za wcześnie, aby przesądzać, jak szeroko organy podatkowe i sądy będą interpretować pojęcie osoby faktycznie zarządzającej czy standard należytej staranności. Projekt znajduje się w procesie legislacyjnym, a jego treść może jeszcze ulec zmianie. Szczególnie ostrożnie trzeba więc podchodzić do prób tworzenia już dziś zamkniętych katalogów czynności, które miałyby gwarantować menedżerowi bezpieczeństwo. Można natomiast wyciągnąć wniosek bardziej ogólny. Jeżeli ustawodawca przejdzie od modelu odpowiedzialności silnie związanego z formalnym pełnieniem funkcji do modelu, w którym większą rolę odgrywają rzeczywiste zarządzanie i sposób wykonywania

Przewijanie do góry