lipiec 2026 - Kancelaria Prawna Chałas i Wspołnicy
loader image
TWÓJ BIZNES – NASZA SPRAWA
Drugie logo
MENU ×
KANCELARIA ×
USŁUGI ×
ZESPÓŁ ×
PUBLIKACJE ×
DLA PRZEDSIĘBIORCÓW ×

lipiec 2026

Blog

Afera HREIT: dlaczego prawo nie zatrzymało deweloperskiej katastrofy wcześniej?

Afera HREIT: dlaczego prawo nie zatrzymało deweloperskiej katastrofy wcześniej? Przez lata rynek mieszkaniowy przyzwyczajał Polaków do prostego obrazu: deweloper buduje, klient wpłaca pieniądze, a po kilkunastu lub kilkudziesięciu miesiącach odbiera klucze. Sprawa HREIT brutalnie przypomniała, że pomiędzy wizualizacją apartamentowca a gotowym mieszkaniem znajduje się nie tylko plac budowy, lecz także skomplikowany system spółek, przepływów finansowych, zabezpieczeń i ryzyk. Kiedy ten system przestaje działać, nabywca może zostać nie z mieszkaniem, lecz z wierzytelnością, której realna wartość zależy od tego, co pozostało w majątku dłużnika. 1 lipca 2026 r. sąd ogłosił upadłość HREIT S.A. i odmówił otwarcia postępowania sanacyjnego. Postanowienie nie było w chwili jego wydania prawomocne. Równolegle Prokuratura Okręgowa w Łodzi prowadzi rozległe śledztwo dotyczące działalności grupy, a osobom objętym postępowaniem przedstawiono zarzuty obejmujące między innymi oszustwa i udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Zarzuty nie są oczywiście wyrokiem, a odpowiedzialność konkretnych osób może zostać przesądzona dopiero przez sąd. Już dziś można jednak zapytać, dlaczego mechanizmy ochronne nie przerwały narastającego kryzysu wcześniej. Pierwsza odpowiedź jest niewygodna: polskie prawo chroni różne kategorie osób w różny sposób. Nabywca lokalu objętego ustawą deweloperską znajduje się w innej sytuacji niż osoba, która powierzyła pieniądze spółce w formule inwestycyjnej, nabyła udziały albo udzieliła finansowania przedsięwzięciu. Rachunek powierniczy i Deweloperski Fundusz Gwarancyjny mogą ograniczać ryzyko utraty wpłat dokonywanych na poczet mieszkania, ale nie są powszechnym ubezpieczeniem wszystkich form finansowania rynku nieruchomości. Im bardziej produkt oddala się od klasycznej umowy deweloperskiej, tym większego znaczenia nabiera analiza tego, komu rzeczywiście przekazywane są środki, na jaki cel i z jakim zabezpieczeniem. Drugi problem dotyczy struktury grup kapitałowych. Duże przedsięwzięcia są często prowadzone przez odrębne spółki celowe. Samo w sobie nie jest to podejrzane. Pozwala oddzielić ryzyko poszczególnych inwestycji, uporządkować finansowanie i ułatwić bankowi kontrolę projektu. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy klient identyfikuje całe przedsięwzięcie z silną marką grupy, podczas gdy stroną jego umowy jest spółka o ograniczonym majątku i krótkiej historii. Wizerunkowo kupuje od dużego dewelopera. Prawnie staje się wierzycielem jednego podmiotu, który może nie odpowiadać za zobowiązania innych spółek z grupy. Prawo spółek opiera się na zasadzie odrębności majątkowej. Spółka dominująca nie odpowiada automatycznie za długi spółki zależnej, a wspólnik nie pokrywa zobowiązań spółki tylko dlatego, że czerpał korzyści z jej działalności. Możliwe jest dochodzenie odpowiedzialności członków zarządu, kwestionowanie czynności dokonanych z pokrzywdzeniem wierzycieli czy występowanie z roszczeniami odszkodowawczymi. Każda z tych dróg wymaga jednak wykazania konkretnych przesłanek. W masowej aferze oznacza to lata postępowań i spór o dokumenty, których poszkodowany zwykle nigdy nie widział. Trzecia słabość systemu ma charakter czasowy. Prawo najskuteczniej działa wtedy, gdy naruszenie jest już widoczne. UOKiK może reagować na praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów, prokuratura na uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, a sąd upadłościowy na stan niewypłacalności. Znacznie trudniej zatrzymać model, który formalnie jeszcze wykonuje zobowiązania, pozyskuje kolejne finansowanie i zapewnia, że przejściowe opóźnienia zostaną usunięte. Granica między ryzykownym biznesem a oszustwem nie przebiega przez samo niepowodzenie inwestycji. Przedsiębiorca może się pomylić, stracić płynność i nie ukończyć projektu, nie popełniając przestępstwa. Odpowiedzialność karna pojawia się dopiero wtedy, gdy możliwe jest wykazanie zamiaru wprowadzenia w błąd lub innych znamion czynu zabronionego. Dla pokrzywdzonych różnica ta bywa trudna do zaakceptowania. Z ich perspektywy skutek jest identyczny: pieniądze zostały wpłacone, a mieszkanie nie powstało. Z perspektywy prawa zasadnicze znaczenie ma jednak to, co osoby zarządzające wiedziały w chwili pozyskiwania kolejnych środków, jakie informacje przedstawiały klientom i czy realnie zakładały wykonanie zobowiązań. Czwarty problem polega na rozproszeniu nadzoru. Rynek deweloperski nie jest nadzorowany tak jak banki. Rachunki powiernicze kontrolują określone przepływy, notariusz czuwa nad prawidłowością czynności, UOKiK bada praktyki konsumenckie, organy budowlane interesują się zgodnością procesu inwestycyjnego z prawem, a sądy rejestrowe i upadłościowe wykonują własne kompetencje. Żaden z tych podmiotów nie posiada jednak pełnego obrazu kondycji całej grupy, przepływów pomiędzy spółkami, zobowiązań wobec inwestorów i rzeczywistego zaawansowania wszystkich budów. Potrzebna jest natomiast większa przejrzystość. Klient powinien łatwo ustalić, z którą spółką zawiera umowę, jak finansowana jest inwestycja, jakie obciążenia ciążą na nieruchomości, czy środki są chronione oraz jaka część projektu zależy od dalszego pozyskiwania kapitału. Informacja licząca kilkadziesiąt stron nie spełnia swojej funkcji, jeżeli najważniejsze ryzyka giną w prawniczym języku. Sprawa HREIT powinna również skłonić zarządy innych grup deweloperskich do zadania sobie kilku trudnych pytań. Czy raportowanie płynności obejmuje poszczególne projekty, czy jedynie obraz całej grupy? Czy pieniądze z jednej inwestycji nie finansują w praktyce innej? Czy sprzedaż jest wstrzymywana, gdy termin realizacji staje się nierealny? Czy materiały marketingowe odpowiadają aktualnej sytuacji finansowej i technicznej projektu? W kryzysie największym błędem bywa nie samo opóźnienie, lecz dalsze pozyskiwanie pieniędzy przy wiedzy, że przedstawiany klientom scenariusz nie ma już realnych podstaw. Prawo nie zlikwiduje afer deweloperskich, podobnie jak prawo bankowe nie wyeliminowało wszystkich oszustw finansowych. Może jednak wcześniej ujawniać ryzyko, ograniczać możliwość przenoszenia go na nieświadomych klientów i zwiększać odpowiedzialność za nierzetelną informację. Najważniejsza lekcja płynąca z tej sprawy jest prosta: ochrona nie zaczyna się w chwili upadłości. Wtedy zwykle jest już za późno. Zaczyna się przed pierwszą wpłatą, od sprawdzenia konstrukcji transakcji, źródeł finansowania i podmiotu, który naprawdę ma wybudować mieszkanie. Zespół prawników Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo budowlane

Blog

Kiedy sztuczna inteligencja popełni kosztowny błąd, nie odpowie AI. Odpowie człowiek.

Kiedy sztuczna inteligencja popełni kosztowny błąd, nie odpowie AI. Odpowie człowiek. Jeszcze kilka lat temu sztuczna inteligencja była przede wszystkim narzędziem wspierającym człowieka. Pomagała wyszukiwać informacje, analizować dane czy przygotowywać projekty dokumentów. Dziś coraz częściej przestaje być jedynie asystentem, a staje się uczestnikiem procesu decyzyjnego. Ocenia zdolność kredytową klientów, analizuje ryzyko transakcji, przygotowuje rekomendacje inwestycyjne, selekcjonuje kandydatów do pracy, wspiera diagnostykę medyczną, kontroluje procesy produkcyjne, a nawet samodzielnie inicjuje kolejne działania jako tzw. agent AI. To zmiana znacznie głębsza, niż mogłoby się wydawać. Nie polega bowiem wyłącznie na zastosowaniu nowej technologii. Zmienia sposób podejmowania decyzji w przedsiębiorstwie. A skoro zmienia się sposób podejmowania decyzji, nieuchronnie pojawia się pytanie o odpowiedzialność.Paradoks polega na tym, że właśnie temu zagadnieniu poświęca się dziś zaskakująco mało uwagi. Większość dyskusji koncentruje się na możliwościach sztucznej inteligencji, jej wpływie na rynek pracy albo wymogach wynikających z AI Act. Tymczasem z perspektywy zarządów, właścicieli firm i działów compliance znacznie ważniejsze jest inne pytanie: kto odpowie za skutki błędnej decyzji podjętej przy wykorzystaniu AI?Odpowiedź może rozczarować entuzjastów nowych technologii. Nie odpowie sztuczna inteligencja. Nie odpowie ChatGPT, Copilot, Gemini ani żaden inny model czy agent AI. Nie otrzyma pozwu, nie zapłaci odszkodowania, nie poniesie odpowiedzialności karnej ani dyscyplinarnej. Nie jest uczestnikiem obrotu prawnego. Nie posiada osobowości prawnej ani zdolności do ponoszenia odpowiedzialności. Ostatecznie zawsze odpowiada człowiek lub organizacja, która zdecydowała się wykorzystać AI w procesie podejmowania decyzji.To jednak dopiero początek problemu. Znacznie trudniejsze okazuje się ustalenie, który człowiek powinien tę odpowiedzialność ponosić.Wyobraźmy sobie przedsiębiorstwo, w którym sztuczna inteligencja analizuje umowy, ocenia ryzyko kontrahentów, przygotowuje rekomendacje dla działu zakupów, automatycznie kwalifikuje reklamacje klientów i podejmuje pierwsze decyzje kadrowe. System działa poprawnie przez wiele miesięcy, aż w pewnym momencie dochodzi do poważnego błędu. AI błędnie klasyfikuje transakcję, ujawnia poufne informacje, odrzuca ważnego klienta albo wydaje rekomendację, która prowadzi do wielomilionowej szkody. W takiej sytuacji bardzo szybko okazuje się, że technologia nie jest największym problemem. Problemem staje się odpowiedzialność za sposób jej wykorzystania.Czy odpowiada pracownik, który zaufał rekomendacji systemu? Kierownik działu, który zdecydował o wdrożeniu rozwiązania? Dyrektor IT odpowiedzialny za integrację? Dostawca oprogramowania? A może członek zarządu, który zaakceptował wykorzystanie sztucznej inteligencji w procesach biznesowych?Prawo nie zna jednej uniwersalnej odpowiedzi. Każda sytuacja wymaga odrębnej oceny. Jedno pozostaje jednak niezmienne – odpowiedzialność nie znika tylko dlatego, że część procesu decyzyjnego została powierzona algorytmowi. To właśnie dlatego europejskie regulacje dotyczące sztucznej inteligencji tak mocno akcentują znaczenie nadzoru człowieka. Wbrew potocznym opiniom nie chodzi wyłącznie o ograniczenie ryzyka technologicznego. Chodzi o zachowanie realnej odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Człowiek ma nie tylko możliwość ingerencji w działanie systemu, lecz przede wszystkim obowiązek jej wykonywania wtedy, gdy wymagają tego okoliczności.W praktyce oznacza to konieczność zupełnie nowego spojrzenia na corporate governance. Przez dziesięciolecia przedsiębiorstwa budowały systemy odpowiedzialności za decyzje ludzi. Każdy proces miał właściciela, określone kompetencje, zasady akceptacji oraz mechanizmy kontroli. W świecie sztucznej inteligencji te same zasady pozostają aktualne, ale wymagają dostosowania do nowych realiów.Nie wystarczy już odpowiedzieć na pytanie, kto odpowiada za dział sprzedaży, zakupy czy bezpieczeństwo informacji. Coraz częściej trzeba również wiedzieć, kto odpowiada za konkretnego agenta AI, kto zatwierdza sposób jego działania, kto kontroluje jakość generowanych przez niego wyników i kto ma obowiązek reagować wtedy, gdy system zaczyna podejmować błędne decyzje.To nie jest wyłącznie problem największych korporacji. Średnie przedsiębiorstwo korzystające z kilku popularnych narzędzi opartych na AI również powinno wiedzieć, jakie decyzje są podejmowane automatycznie, jakie dane trafiają do systemów oraz kto w organizacji ponosi odpowiedzialność za ich wykorzystanie. W wielu firmach odpowiedź na te pytania wciąż brzmi: „wszyscy”. Z prawnego punktu widzenia oznacza to najczęściej, że nie odpowiada nikt. A to jeden z najbardziej niebezpiecznych modeli zarządzania ryzykiem.Historia biznesu wielokrotnie pokazywała, że największe kryzysy nie wynikały z braku procedur, lecz z braku jasno określonej odpowiedzialności. Dotyczyło to bezpieczeństwa informacji, przeciwdziałania korupcji, ochrony danych osobowych czy zgodności z regulacjami sektorowymi. Sztuczna inteligencja nie stanowi wyjątku. Im bardziej przedsiębiorstwa powierzają jej wykonywanie kolejnych zadań, tym większego znaczenia nabiera odpowiedź na pytanie, kto rzeczywiście nadzoruje ten proces.Można wręcz zaryzykować tezę, że w najbliższych latach przewaga konkurencyjna przedsiębiorstw nie będzie wynikała wyłącznie z tego, kto szybciej wdroży AI. O wiele ważniejsze okaże się to, kto zrobi to w sposób odpowiedzialny. Organizacje, które już dziś stworzą przejrzyste zasady nadzoru nad sztuczną inteligencją, przypiszą odpowiedzialność konkretnym osobom, wprowadzą mechanizmy dokumentowania decyzji i okresowej weryfikacji działania systemów, będą nie tylko lepiej przygotowane na wymagania regulatorów. Będą również znacznie bezpieczniejsze biznesowo.Największym błędem byłoby bowiem uznanie, że sztuczna inteligencja przejmuje odpowiedzialność razem z wykonywanym zadaniem. Przejmuje jedynie część procesu decyzyjnego. Odpowiedzialność pozostaje tam, gdzie była zawsze – po stronie ludzi zarządzających przedsiębiorstwem. Im szybciej firmy to zrozumieją, tym większa szansa, że AI stanie się dla nich rzeczywistym źródłem przewagi konkurencyjnej, a nie początkiem nowego rodzaju ryzyka, którego nie przewidziano tylko dlatego, że wszyscy byli zbyt zajęci zachwycaniem się możliwościami technologii. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo własności intelektualnej i nowych technologii

Blog

Patostreaming pod kontrolą prawa. Czy nowelizacja Kodeksu karnego rozwiąże problem, czy stworzy nowe?

Patostreaming pod kontrolą prawa. Czy nowelizacja Kodeksu karnego rozwiąże problem, czy stworzy nowe? Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Patostreaming pod kontrolą prawa. Czy nowelizacja Kodeksu karnego rozwiąże problem, czy stworzy nowe?Podpisana przez Prezydenta nowelizacja Kodeksu karnego penalizująca rozpowszechnianie tzw. patostreamingu niewątpliwie odpowiada na realny problem społeczny. Trudno bowiem zaakceptować sytuację, w której przemoc, upokarzanie ludzi czy zwierząt albo wykorzystywanie dzieci stają się internetowym widowiskiem służącym generowaniu zysków z reklam i popularności.Z prawnego punktu widzenia sprawa nie jest jednak tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać. Sam Prezydent, podpisując ustawę, zwrócił uwagę na jej najpoważniejszą słabość – brak precyzyjnej definicji patostreamingu. To właśnie ten element może w praktyce przesądzić o skuteczności nowych przepisów.Prawo karne należy do najbardziej restrykcyjnych instrumentów, jakimi dysponuje państwo. Z tego względu przepisy tworzące nowe typy przestępstw powinny być maksymalnie precyzyjne. Wynika to nie tylko z zasad poprawnej legislacji, ale również z konstytucyjnej zasady określoności prawa karnego (nullum crimen sine lege certa). Obywatel powinien wiedzieć z odpowiednim stopniem pewności, jakie zachowanie jest zabronione i jakie konsekwencje może wywołać.W tym przypadku ustawodawca nie zdecydował się na stworzenie legalnej definicji patostreamingu. Zamiast tego wskazał katalog zachowań polegających na rozpowszechnianiu materiałów przedstawiających popełnienie określonych przestępstw godzących w dobra osobiste, przemoc wobec zwierząt czy poniżające traktowanie innych osób. W praktyce oznacza to, że granice odpowiedzialności karnej będą musiały zostać doprecyzowane przez orzecznictwo sądów.To z kolei rodzi szereg pytań. Czy odpowiedzialność poniesie wyłącznie osoba transmitująca zdarzenie na żywo, czy również ta, która później udostępnia nagranie? Jak należy traktować materiały publikowane w celu ich skomentowania lub napiętnowania? Czy odpowiedzialność może dotyczyć administratorów platform internetowych? Jak oceniać materiały montowane w sposób sugerujący fikcyjny charakter przedstawianych wydarzeń?Ustawodawca przewidział wprawdzie wyjątki dotyczące działalności artystycznej, edukacyjnej, prasowej, naukowej oraz działań podejmowanych w celu ochrony interesu publicznego. Nie eliminuje to jednak wszystkich wątpliwości interpretacyjnych. W praktyce często dopiero sąd będzie oceniał, czy konkretny materiał rzeczywiście służył celom informacyjnym lub edukacyjnym, czy też stanowił jedynie próbę obejścia zakazu.Szczególnego znaczenia nabiera również kwestia odpowiedzialności transgranicznej. Znaczna część patostreamingu publikowana jest za pośrednictwem zagranicznych platform lub przez osoby przebywające poza granicami Polski. W takich przypadkach samo wprowadzenie nowych przepisów nie oznacza jeszcze możliwości ich skutecznego wyegzekwowania. Prawo karne kończy się tam, gdzie zaczynają się ograniczenia jurysdykcyjne oraz problemy z międzynarodową współpracą organów ścigania.Nie można również pomijać szerszego problemu odpowiedzialności platform internetowych. Coraz częściej to nie twórca materiału decyduje o jego popularności, lecz algorytm promujący treści budzące silne emocje. Nawet najbardziej restrykcyjne przepisy karne nie wyeliminują zjawiska, jeżeli mechanizmy rekomendacyjne nadal będą premiowały materiały wywołujące szok i kontrowersje.Czy zatem nowe przepisy są potrzebne? Zdecydowanie tak. Państwo nie może pozostawać bierne wobec zjawiska, które normalizuje przemoc i uprzedmiotowienie człowieka, zwłaszcza gdy ofiarami stają się osoby małoletnie.Jednocześnie należy pamiętać, że prawo karne powinno być środkiem ostatecznym. Jego skuteczność zależy nie tylko od wysokości sankcji, ale przede wszystkim od jakości przepisów oraz możliwości ich stosowania w praktyce. Jeżeli granice odpowiedzialności będą niejasne, ciężar ich wyznaczenia spocznie na sądach, co nieuchronnie doprowadzi do rozbieżności interpretacyjnych.Paradoksalnie więc największym wyzwaniem nie będzie samo ściganie patostreamerów, lecz odpowiedź na pytanie, gdzie kończy się dopuszczalne relacjonowanie rzeczywistości, a zaczyna jej świadome wykorzystywanie dla zysku. To właśnie na tej granicy w najbliższych latach będzie kształtować się praktyka stosowania nowych przepisów. Autor: Jarosław ChałasPartner Zarządzający, Radca PrawnyKancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo gospodarcze

Blog

Dlaczego Polacy wciąż tracą oszczędności życia przy zakupie nieruchomości? Pięć mitów, które kosztują najwięcej

Dlaczego Polacy wciąż tracą oszczędności życia przy zakupie nieruchomości? Pięć mitów, które kosztują najwięcej Historia inwestycji mieszkaniowej w Podłężu pod Krakowem po raz kolejny trafiła na czołówki mediów. Miało powstać nowoczesne osiedle liczące około 600 domów i mieszkań. Setki osób wpłaciły pieniądze, licząc na spełnienie marzenia o własnym domu. Inwestycja nie została jednak ukończona, a według ustaleń organów ścigania znaczna część środków została wyprowadzona z przedsięwzięcia. Zapadły wyroki karne, ale dla wielu poszkodowanych najważniejsze pytanie pozostało bez odpowiedzi – jak odzyskać pieniądze, których już nie było. Łatwo uznać tę historię za odosobniony przypadek lub przykład działalności nieuczciwego dewelopera. Byłby to jednak błędny wniosek. Największym problemem polskiego rynku nieruchomości nie jest bowiem wyłącznie ryzyko oszustwa. Znacznie częściej źródłem dramatów są błędne przekonania kupujących dotyczące tego, co rzeczywiście chroni ich interesy. W praktyce sądowej można dostrzec pewną prawidłowość – osoby tracące oszczędności życia bardzo często działały w przekonaniu, że wszystkie formalności zostały dochowane i skoro transakcja odbywała się zgodnie z procedurą, ryzyko praktycznie nie istniało. To właśnie te przekonania okazują się najdroższe. Mit pierwszy: skoro umowę podpisuje notariusz, wszystko zostało sprawdzone To jedno z najbardziej rozpowszechnionych przekonań. Akt notarialny niewątpliwie zwiększa bezpieczeństwo obrotu. Nie oznacza jednak, że notariusz przeprowadza kompleksowy audyt inwestycji albo ocenia jej opłacalność czy stabilność finansową dewelopera. Rolą notariusza jest zapewnienie zgodności czynności z obowiązującym prawem, czuwanie nad zachowaniem właściwej formy czynności prawnej oraz należyte wyjaśnienie stronom treści aktu notarialnego i jego skutków prawnych. Nie zastępuje on jednak doradcy prawnego reprezentującego interes jednej ze stron. To zasadnicza różnica. Kupujący często oczekują od notariusza ochrony znacznie szerszej, niż wynika to z jego ustawowych obowiązków.   Mit drugi: skoro bank udzielił kredytu, inwestycja musi być bezpieczna Podobnie wygląda sytuacja z bankami. Wielu klientów zakłada, że skoro instytucja finansowa zdecydowała się udzielić kredytu na zakup lokalu w konkretnej inwestycji, musiała wcześniej szczegółowo zweryfikować jej bezpieczeństwo. Bank rzeczywiście dokonuje licznych analiz. Problem polega jednak na tym, że analizuje przede wszystkim własne ryzyko kredytowe oraz wartość zabezpieczenia wierzytelności. Nie oznacza to automatycznie kompleksowej oceny wszystkich zagrożeń prawnych, jakie mogą dotknąć przyszłego właściciela nieruchomości. Interes banku i interes kupującego są zbieżne jedynie częściowo. Mit trzeci: ustawa deweloperska wyeliminowała podobne problemy Po głośnych aferach z poprzednich lat ustawodawca zdecydował się znacząco zwiększyć ochronę nabywców. Obecnie obowiązuje ustawa z 20 maja 2021 r. o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym. Wprowadziła ona szereg rozwiązań, które zdecydowanie poprawiły bezpieczeństwo rynku, w szczególności obowiązek stosowania mieszkaniowych rachunków powierniczych oraz utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego. To bardzo ważne instrumenty. Nie oznacza to jednak, że każda inwestycja automatycznie staje się całkowicie bezpieczna. Przepisy nie eliminują wszystkich ryzyk związanych z finansowaniem przedsięwzięcia, konstrukcją grupy kapitałowej, treścią umowy czy późniejszą realizacją inwestycji. Prawo może ograniczać ryzyko. Nigdy jednak nie jest w stanie go całkowicie wyeliminować. Mit czwarty: największym zagrożeniem są wyłącznie nieuczciwi deweloperzy To również zbyt daleko idące uproszczenie. Oczywiście zdarzają się przypadki świadomych nadużyć. W praktyce gospodarczej znacznie częściej problemy wynikają jednak z utraty płynności finansowej, błędnych założeń biznesowych, gwałtownego wzrostu kosztów realizacji inwestycji, sporów z wykonawcami czy nieprawidłowego modelu finansowania. Kupującego nie interesuje później przyczyna. Jeżeli inwestycja zostaje zatrzymana, a spółka staje się niewypłacalna, skutki ekonomiczne są bardzo podobne niezależnie od tego, czy przyczyną było oszustwo, czy katastrofa finansowa przedsiębiorcy. Dlatego profesjonalna analiza prawna powinna obejmować nie tylko treść samej umowy, ale również możliwie szeroką ocenę otoczenia prawnego i organizacyjnego inwestycji.   Mit piąty: jeżeli wygram proces, odzyskam pieniądze   To chyba najbardziej niebezpieczne przekonanie. Wyrok sądu, nawet prawomocny, nie tworzy majątku dłużnika. Można wygrać proces cywilny, uzyskać korzystny wyrok karny, a mimo to nie odzyskać pieniędzy, ponieważ spółka nie posiada już majątku albo znajduje się w upadłości. W praktyce często właśnie dlatego najważniejszym etapem ochrony interesów kupującego nie jest proces sądowy, lecz okres poprzedzający podpisanie umowy. Najlepszy proces to taki, którego udało się uniknąć. Dlaczego przedsiębiorcy postępują rozsądniej niż osoby kupujące mieszkania? Paradoks polega na tym, że przedsiębiorcy od lat stosują zasadę due diligence praktycznie przy każdej większej transakcji. Kupując przedsiębiorstwo warte kilkaset tysięcy złotych, analizują dokumentację korporacyjną, zobowiązania, sytuację podatkową, umowy z kontrahentami, kwestie pracownicze czy potencjalne spory sądowe. Tymczasem osoba fizyczna kupująca mieszkanie za milion złotych bardzo często ogranicza się do przeczytania umowy przygotowanej przez dewelopera i wizyty u notariusza. Trudno znaleźć racjonalne uzasadnienie dla takiego podejścia. Zakup nieruchomości jest przecież jedną z najpoważniejszych decyzji finansowych podejmowanych przez większość rodzin. Co warto sprawdzić jeszcze przed podpisaniem umowy? Nie istnieje jedna uniwersalna lista gwarantująca pełne bezpieczeństwo. Każda inwestycja wymaga indywidualnej oceny. W praktyce szczególne znaczenie mają jednak między innymi: stan prawny nieruchomości ujawniony w księdze wieczystej, tytuł prawny dewelopera do gruntu, obciążenia hipoteczne i sposób ich zwolnienia, decyzje administracyjne umożliwiające realizację inwestycji, harmonogram finansowania przedsięwzięcia, zasady korzystania z mieszkaniowego rachunku powierniczego, postanowienia dotyczące odbiorów, opóźnień, kar umownych i prawa odstąpienia od umowy, sposób usuwania wad oraz odpowiedzialność dewelopera po przeniesieniu własności.   W wielu przypadkach już sama analiza dokumentów pozwala zidentyfikować ryzyka, które później stają się przedmiotem wieloletnich sporów sądowych. Najtańszym elementem całej transakcji może być właśnie analiza prawna Historia z Podłęża nie powinna być postrzegana wyłącznie jako opowieść o jednej nieudanej inwestycji. To przypomnienie, że nawet najbardziej rozbudowane mechanizmy ochronne nie zwalniają kupującego z obowiązku zachowania ostrożności. Prawo zapewnia dziś nabywcom znacznie wyższy poziom ochrony niż kilkanaście lat temu. To niewątpliwy sukces ustawodawcy. Nie oznacza to jednak, że odpowiedzialność za podjęcie świadomej decyzji została przeniesiona na państwo, bank czy notariusza. W praktyce nadal najskuteczniejszą formą ochrony pozostaje profesjonalna analiza prawna przeprowadzona jeszcze przed podpisaniem umowy. Jej koszt stanowi zazwyczaj niewielki ułamek wartości nieruchomości, a jednocześnie może uchronić kupującego przed konsekwencjami finansowymi, których nie da się później naprawić nawet najbardziej korzystnym wyrokiem sądu. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo budowlane

Blog

Ubezpieczenie towaru w transporcie krajowym i międzynarodowym

Ubezpieczenie towaru w transporcie krajowym i międzynarodowym Sterroryzowanie kierowcy, związanie czy ataki fizyczne, imigranci w naczepie to zjawiska, które spotykamy w transporcie towarów zarówno na terenie Polski jak i za granicą. To także ryzyko utraty lub zniszczenia ładunku, chyba, że towar wyschnie, zardzewieje lub zgnije co może wynikać z jego naturalnych właściwości. W transporcie międzynarodowym poprzeczka dla przewoźnika jest bardzo wysoka, gdyż na gruncie orzecznictwa sądów profesjonalista, czyli przewoźnik musi być przygotowany na niemal każde standardowe ryzyko drogowe. Co może być bezpośrednią przyczyną szkody, możemy tu wskazać napad z bronią w ręku, nagły atak serca kierowcy, powódź czy blokada drogi. Profesjonalny przewoźnik ma obowiązek planowania trasy w taki sposób, aby postoje odbywały się w bezpiecznych miejscach. Zgodnie z orzecznictwem sądów pozostawienie towaru bez dozoru na parkingu przyautostradowym (nawet oświetlonym) bez wykazania, że kierowca podjął realną próbę znalezienia parkingu strzeżonego, stanowi rażące niedbalstwo. Oznacza to wyłączenie ochrony z polisy OCP pełną odpowiedzialność finansową    przewoźnika przy zniesieniu limitów przewidzianych konwencją CMR. Jeśli w zleceniu transportowym wpisano wyraźnie instrukcje dotyczące bezpieczeństwa ocena zachowania kierowcy musi być jeszcze bardziej surowsza. Dlatego ryzyko to podlega ubezpieczeniu cargo zwane ubezpieczeniem w transporcie jako jeden z najważniejszych elementów ochrony biznesu logistycznego. W transporcie krajowym obowiązują przepisy kodeksu cywilnego oraz ustawy o przewozie drogowym. Przewoźnik nie odpowiada za szkody wynikające z siły wyższej, winy poszkodowanego, czy właściwości towaru. W transporcie międzynarodowym obowiązują konwencje międzynarodowe- w drogowym CMR, kolejowym CIM, morskim Haga -Visby i lotniczym z Montrealu. Dobre ubezpieczenie cargo obejmuje uszkodzenie lub zniszczenie towaru, kradzież (całości lub części), koszty ratownictwa i awarii wspólnej, koszty dochodzenia roszczeń, a wyłącza uszkodzenie spowodowanym niewłaściwym opakowaniem    czy transportem w starych pojazdach bez zabezpieczeń. Przy wyborze polisy ubezpieczeniowej ważny jest zakres terytorialny, suma ubezpieczenia obejmująca wartość towaru wraz z frachtem, cłem i zyskiem (zwykle od 10% do 20 % ) ,franszyza czyli udział własny, wyłączenia odpowiedzialności czy czas trwania. Pamiętać przy tym należy ze cześć towaru może zostać przy szkodzie poddana rekondycji która może wyglądać jak towar używany, gdy był przewożony jako towar nowy i tylko cześć uległa całkowitemu zniszczeniu. Poddanie towaru rekondycji nie zmniejszyłoby szkody, skoro na przykład przedmiotem sprzedaży, jak i przedmiotem umowy ubezpieczenia był towar nowy, objęty zamiarem sprzedaży. Zwrócić także należy uwagę, że przykładowo wartością przedmiotu ubezpieczenia jest w pierwszej kolejności jego wartość w miejscu i momencie rozpoczęcia przewozu, odpowiadająca dla rzeczy fabrycznie nowych wartości zakupu tych rzeczy przez ubezpieczającego określonej na fakturze zakupu. Umowa ubezpieczenia może obejmować   spodziewany zysk oraz podatek VAT na co należy zwrócić uwagę przy składaniu wniosku ubezpieczeniowego i umowy ubezpieczenia. Od kiedy należy liczyć przedawnienie traktuje wyrok Sądu Najwyższego   Izby Cywilnej z dnia 20 listopada 2014 r, wydany w sprawie V CSK 5/14, (publ.OSNC 2016, nr A, poz.11, str.59). W wyroku tym Sąd Najwyższy przypomniał, że zgodnie z artykułem 819 paragraf 4 kodeksu cywilnego bieg przedawnienia roszczenia do ubezpieczyciela przerywa się także poprzez zgłoszenie ubezpieczycielowi tego roszczenia lub przez zgłoszenie zdarzenia objętego ubezpieczeniem i rozpoczyna się na nowo od dnia, w którym zgłaszający roszczenie lub zdarzenie otrzymał na piśmie oświadczenie ubezpieczyciela o przyznaniu lub odmowie świadczenia. Przepis ten zawiera pojęcie „oświadczenie ubezpieczyciela a zatem nie odwołuje się do pojęcia decyzji, która zazwyczaj zostaje wydana w toku sformalizowanego postępowania, a nawiązuje do zobowiązaniowego charakteru stosunku łączącego strony umowy ubezpieczenia. Jak wskazano powyżej kwestia zabezpieczenia transportu i jego ubezpieczenia oraz zapewnienia bezpiecznej dostawy towaru to wiele zagadnień na gruncie prawa krajowego i międzynarodowego oraz faktycznych działań, które warto znać przed wysyłką towaru, aby uniknąć nieprzewidzianych zdarzeń lub zmniejszyć straty wynikające z ich nieprzewidzianych następstw. Autor: Radca Prawny Radosław Pluciński Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo kontraktowe

Blog

Dual use – dlaczego nie wystarczy wiedzieć, że produkt ma zastosowanie cywilne i wojskowe?

Dual use – dlaczego nie wystarczy wiedzieć, że produkt ma zastosowanie cywilne i wojskowe? W ostatnich miesiącach pojęcie dual use zrobiło zawrotną karierę. Rozwój przemysłu obronnego, inwestycje w technologie kosmiczne, sztuczną inteligencję, elektronikę czy systemy bezzałogowe sprawiły, że coraz więcej przedsiębiorców deklaruje działalność w obszarze produktów podwójnego zastosowania. Problem polega jednak na tym, że w debacie publicznej termin ten bywa używany w sposób całkowicie oderwany od jego rzeczywistego znaczenia prawnego.Z punktu widzenia prawa „dual use” nie jest bowiem określeniem technologicznym ani biznesowym. Jest kategorią normatywną, z którą wiążą się konkretne obowiązki administracyjne, ograniczenia eksportowe oraz odpowiedzialność przedsiębiorcy.Dual use to pojęcie zdefiniowane przez prawo. Podstawowym aktem regulującym tę materię jest rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2021/821 z 20 maja 2021 r. ustanawiające unijny system kontroli wywozu, pośrednictwa, pomocy technicznej, tranzytu i transferu produktów podwójnego zastosowania. Rozporządzenie obowiązuje bezpośrednio we wszystkich państwach członkowskich i stanowi fundament całego europejskiego systemu kontroli eksportu.Już art. 1 wskazuje, że przedmiotem regulacji jest nie tylko eksport, ale również pośrednictwo, pomoc techniczną, tranzyt oraz określone transfery produktów podwójnego zastosowania. Jeszcze istotniejsza jest definicja zawarta w art. 2 pkt 1 rozporządzenia, zgodnie z którą produktami podwójnego zastosowania są produkty, w tym oprogramowanie i technologie, które mogą być wykorzystywane zarówno do celów cywilnych, jak i wojskowych, a także produkty mogące służyć projektowaniu, produkcji lub stosowaniu broni jądrowej, chemicznej albo biologicznej. Już z tej definicji wynika, że ustawodawca unijny świadomie objął regulacją nie tylko urządzenia materialne, lecz również software, dokumentację technologiczną oraz know-how.Nie wszystko, co trafia do wojska, jest produktem dual use. Jeden z najczęściej spotykanych błędów polega na utożsamianiu produktów podwójnego zastosowania ze sprzętem wojskowym. Tymczasem są to dwa odrębne reżimy prawne.Uzbrojenie oraz sprzęt wojskowy podlegają odrębnym regulacjom. Natomiast produkt dual use może być z pozoru całkowicie cywilny. Zaawansowane obrabiarki CNC, określone półprzewodniki, systemy kryptograficzne, sensory, lasery, komponenty lotnicze czy specjalistyczne oprogramowanie mogą zostać objęte kontrolą właśnie dlatego, że spełniają kryteria określone w przepisach unijnych, a nie dlatego, że są projektowane dla wojska. Dlatego kwalifikacja produktu nie może opierać się na jego nazwie handlowej ani deklarowanym przeznaczeniu.O kwalifikacji produktu decydują przepisy, a nie marketing. W praktyce przedsiębiorcy często zakładają, że skoro ich produkt jest wykorzystywany głównie w przemyśle cywilnym, nie podlega kontroli eksportowej. Jest to założenie ryzykowne.Podstawowym punktem odniesienia jest Załącznik I do rozporządzenia 2021/821, zawierający szczegółowy wykaz produktów podwójnego zastosowania. Lista obejmuje m.in. elektronikę, komputery, telekomunikację, technologie ochrony informacji, sensory, lasery, systemy nawigacyjne, technologie lotnicze oraz szereg innych kategorii produktów. Wykaz jest okresowo aktualizowany, aby odzwierciedlać rozwój technologii oraz ustalenia międzynarodowych reżimów kontroli eksportu, takich jak Porozumienie z Wassenaar, Grupa Dostawców Jądrowych czy Reżim Kontrolny Technologii Rakietowych. Co istotne, nawet brak produktu w wykazie nie zawsze oznacza brak obowiązków.Mechanizm „catch-all” ma praktyczne znaczenie dla przedsiębiorców. Rozporządzenie przewiduje tzw. mechanizm catch-all. Oznacza on, że w określonych sytuacjach kontrolą mogą zostać objęte również produkty niewymienione w załączniku, jeżeli istnieje ryzyko ich wykorzystania m.in. w programach związanych z bronią masowego rażenia lub do określonych zastosowań wojskowych. Przedsiębiorca nie może więc ograniczyć analizy wyłącznie do sprawdzenia kodu produktu w wykazie. Konieczna jest również ocena końcowego użytkownika oraz końcowego zastosowania produktu.To właśnie dlatego w praktyce compliance coraz większego znaczenia nabiera procedura know your customer oraz analiza tzw. end-user i end-use.Dual use to nie tylko eksport. Nazwa rozporządzenia może sugerować, że regulacja dotyczy wyłącznie wywozu towarów poza Unię Europejską. W rzeczywistości jej zakres jest znacznie szerszy.Przepisy obejmują także świadczenie usług pośrednictwa, pomoc techniczną, określone przypadki tranzytu oraz transfer technologii, również w formie elektronicznej. W praktyce oznacza to, że obowiązki mogą powstać nie tylko przy fizycznym wysłaniu urządzenia za granicę, ale również przy przekazywaniu dokumentacji technicznej, kodu źródłowego czy specjalistycznej wiedzy. Dla przedsiębiorstw rozwijających sztuczną inteligencję, cyberbezpieczeństwo, elektronikę, technologie kosmiczne czy rozwiązania kwantowe ma to dziś znaczenie fundamentalne.Prawo unijne i krajowe tworzą jeden system. Choć rozporządzenie 2021/821 obowiązuje bezpośrednio, jego stosowanie uzupełniają przepisy krajowe. W Polsce podstawowym aktem jest ustawa z 29 listopada 2000 r. o obrocie z zagranicą towarami, technologiami i usługami o znaczeniu strategicznym dla bezpieczeństwa państwa, a także dla utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa, określająca m.in. właściwość organów administracji, zasady wydawania zezwoleń oraz odpowiedzialność za naruszenie obowiązujących wymogów. System krajowy pełni zatem funkcję wykonawczą wobec jednolitego systemu ustanowionego przez prawo Unii Europejskiej.Największe ryzyko pojawia się jeszcze przed uzyskaniem zezwolenia. Rosnące znaczenie sektora obronnego powoduje, że coraz więcej przedsiębiorców po raz pierwszy styka się z regulacjami dotyczącymi produktów podwójnego zastosowania. W praktyce największe ryzyko nie wynika jednak z samej procedury uzyskania zezwolenia eksportowego.Znacznie częściej problem pojawia się wcześniej – na etapie błędnej klasyfikacji produktu, niewłaściwej identyfikacji końcowego użytkownika, braku procedur wewnętrznych lub nieprawidłowej oceny obowiązków wynikających z przepisów unijnych. Z tego względu Komisja Europejska od lat promuje wdrażanie przez przedsiębiorców Internal Compliance Programme (ICP), czyli wewnętrznych systemów zgodności wspierających prawidłowe wykonywanie obowiązków wynikających z regulacji eksportowych.Wraz z rozwojem technologii oraz wzrostem znaczenia europejskiego przemysłu obronnego zagadnienia związane z produktami podwójnego zastosowania przestają być domeną wyłącznie największych koncernów. Coraz częściej dotyczą średnich przedsiębiorstw produkujących komponenty elektroniczne, oprogramowanie, rozwiązania z zakresu AI czy zaawansowane technologie przemysłowe. Właśnie dlatego znajomość definicji „dual use” nie wystarcza. Kluczowe staje się zrozumienie całego systemu prawnego, który tę definicję wypełnia konkretnymi obowiązkami przedsiębiorcy. Autor: Jarosław ChałasPartner Zarządzający, Radca PrawnyKancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo nowych technologii

Blog

Plan rozwoju przedsiębiorstwa energetycznego – czy uzgodnienie z Prezesem URE to tylko formalność?

Plan rozwoju przedsiębiorstwa energetycznego – czy uzgodnienie z Prezesem URE to tylko formalność? Przedsiębiorstwa energetyczne zajmujące się przesyłaniem lub dystrybucją paliw gazowych i energii mają obowiązek sporządzania planów rozwoju oraz uzgadniania ich z Prezesem Urzędu Regulacji Energetyki. Choć obowiązek ten wynika wprost z art. 16 ustawy – Prawo energetyczne (Dz.U.2026.43), w praktyce pojawia się wiele pytań dotyczących zakresu kontroli Prezesa URE oraz skutków ewentualnej odmowy uzgodnienia planu. Plan rozwoju jako strategiczny dokumentPlan rozwoju nie jest wyłącznie zestawieniem planowanych inwestycji. Stanowi dokument strategiczny, który ma wykazać, że rozwój infrastruktury jest uzasadniony zarówno pod względem technicznym, jak i ekonomicznym. Z perspektywy przedsiębiorstwa powinien tworzyć spójną całość – od prognoz zapotrzebowania, przez planowane inwestycje, aż po dane finansowe i przewidywane nakłady. Doświadczenie pokazuje jednak, że postępowanie prowadzone przez Prezesa URE nie ogranicza się do weryfikacji kompletności dokumentacji. Organ bardzo często analizuje również zasadność planowanych inwestycji, prognozy rozwoju sieci, spójność danych finansowych oraz sposób uzasadnienia planowanych kosztów. Kwestie najczęściej pojawiające się podczas uzgadniania planu rozwojuPraktyka pokazuje, że wezwania Prezesa URE najczęściej dotyczą:• niespójności danych finansowych pomiędzy planem a sprawozdaniami składanymi w poprzednich latach;• niewystarczającego uzasadnienia planowanych inwestycji;• prognoz dotyczących rozwoju sieci oraz liczby odbiorców;• wysokości planowanych nakładów jednostkowych i metodologii ich wyliczenia;• wartości majątku wykazywanego w planie. Coraz częściej od przedsiębiorstw oczekuje się nie tylko przedstawienia danych liczbowych, ale również szczegółowego uzasadnienia przyjętych założeń oraz metodologii ich opracowania. Jest to zadanie szczególnie wymagające, ponieważ plan rozwoju ma charakter wieloletni i opiera się na prognozach dotyczących przyszłych uwarunkowań technicznych, ekonomicznych i rynkowych. W praktyce oznacza to konieczność przewidywania zdarzeń oraz czynników, których wystąpienie i wpływ na działalność przedsiębiorstwa pozostają niepewne. Co w sytuacji, gdy Prezes URE nie uzgodni planu?To jedno z najważniejszych pytań praktycznych, na które obowiązujące przepisy nie udzielają jednoznacznej odpowiedzi. Art. 56 ust. 1 pkt 31 Prawa energetycznego przewiduje karę za nieprzedłożenie planu rozwoju lub corocznego sprawozdania z jego realizacji. Oznacza to, że należy wyraźnie odróżnić dwie sytuacje: brak wykonania obowiązku ustawowego polegającego na przedłożeniu planu rozwoju oraz odmowę jego uzgodnienia przez Prezesa URE. Obowiązujące przepisy przewidują sankcję wyłącznie w pierwszym przypadku. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na art. 23 ust. 2 pkt 3a Prawa energetycznego, zgodnie z którym Prezes URE jest uprawniony do opracowywania wytycznych i zaleceń zapewniających jednolitą formę planów rozwoju. Regulacja ta pozostawia jednak istotne wątpliwości interpretacyjne, ponieważ ustawodawca nie określił ani formy prawnej tych wytycznych, ani ich mocy wiążącej, ani konsekwencji sporządzenia planu niezgodnie z ich treścią. Czy od odmowy uzgodnienia można się odwołać?I właśnie tutaj pojawia się największy problem.Prawo energetyczne nie określa trybu zaskarżenia odmowy uzgodnienia planu rozwoju. Przepisy nie przesądzają ani o formie prawnej, w jakiej Prezes URE powinien wyrazić swoje stanowisko, ani o środkach ochrony prawnej przysługujących przedsiębiorstwu w przypadku odmowy uzgodnienia planu. Powoduje to istotne rozbieżności interpretacyjne zarówno w doktrynie, jak i w praktyce stosowania prawa. W konsekwencji regulacja dotycząca uzgadniania planów rozwoju ma charakter niepełny i pozostawia szeroki margines interpretacyjny, co w praktyce ogranicza przewidywalność działań organu oraz utrudnia jednoznaczne ustalenie dostępnych środków ochrony prawnej. Wobec braku przepisu szczególnego przyznającego właściwość Sądowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów najbardziej prawdopodobnym kierunkiem wydaje się możliwość poddania takiego aktu kontroli sądów administracyjnych na podstawie art. 3 § 2 pkt 4 ustawy – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (Dz.U.2026.143). Nie można jednak przesądzić tego jednoznacznie. Ocena możliwych działań po stronie przedsiębiorstwa będzie w pierwszej kolejności uzależniona od formy prawnej, w jakiej Prezes URE wyrazi swoje stanowisko. To ona będzie determinowała zarówno właściwość drogi postępowania, jak i możliwość skutecznego zakwestionowania stanowiska organu. WnioskiProcedura uzgadniania planu rozwoju nie może być obecnie postrzegana wyłącznie jako obowiązek administracyjny wynikający z przepisów prawa energetycznego. W praktyce staje się jednym z kluczowych elementów zarządzania procesem inwestycyjnym przedsiębiorstwa oraz ograniczania ryzyk regulacyjnych. Starannie przygotowany plan, oparty na spójnych danych, rzetelnych prognozach i przekonującym uzasadnieniu planowanych nakładów, może istotnie ograniczyć liczbę zastrzeżeń zgłaszanych przez Prezesa URE oraz usprawnić przebieg postępowania uzgodnieniowego. Jednocześnie utrzymujące się wątpliwości dotyczące skutków odmowy uzgodnienia planu oraz braku jednoznacznie określonych środków ochrony prawnej pokazują, że obowiązujące regulacje pozostawiają przedsiębiorcom znaczący margines niepewności interpretacyjnej. Oznacza to, że coraz większego znaczenia nabiera nie tylko jakość przygotowanej dokumentacji, ale również odpowiednie zaplanowanie działań na wypadek sporu z organem regulacyjnym. W realiach rosnących wymagań wobec przedsiębiorstw energetycznych profesjonalne przygotowanie planu rozwoju staje się nie tylko obowiązkiem ustawowym, lecz także istotnym elementem zarządzania ryzykiem regulacyjnym i bezpieczeństwem realizacji inwestycji. Autor: Małgorzata KranAdwokatKancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo energetyczne

Blog

Najdroższy proces to ten, którego można było uniknąć

Najdroższy proces to ten, którego można było uniknąć Przedsiębiorcy z natury lubią wygrywać. To właśnie determinacja, konsekwencja i gotowość do podejmowania trudnych decyzji bardzo często decydują o sukcesie w biznesie. Paradoks polega jednak na tym, że te same cechy mogą stać się przeszkodą w racjonalnym rozwiązywaniu sporów. Po ponad trzydziestu latach prowadzenia procesów gospodarczych doszedłem do wniosku, który dla wielu przedsiębiorców bywa zaskakujący. Największym sukcesem nie zawsze jest wygrany proces. Czasem największym sukcesem jest proces, którego udało się uniknąć. Nie oznacza to oczywiście, że przedsiębiorca powinien ustępować za wszelką cenę. Są sytuacje, w których droga sądowa jest jedynym racjonalnym rozwiązaniem. Zdarzają się kontrahenci, którzy świadomie naruszają umowy, wykorzystują dobrą wolę partnera biznesowego lub od początku zakładają, że druga strona nie zdecyduje się na wieloletni spór. W takich przypadkach stanowcza reakcja jest nie tylko uzasadniona, ale wręcz konieczna. Doświadczenie pokazuje jednak, że znaczna część sporów gospodarczych ma zupełnie inny charakter. Obie strony są przekonane o swojej racji. Obie dysponują argumentami. Obie wierzą, że wygrają. Problem polega na tym, że proces nie jest miejscem, w którym wygrywa ten, kto jest bardziej przekonany o słuszności swojego stanowiska. Wygrywa ten, kto potrafi swoje racje udowodnić, a nawet wtedy wynik postępowania nie zawsze jest łatwy do przewidzenia. Przedsiębiorcy często pytają mnie: „Jakie mamy szanse?”. To jedno z najtrudniejszych pytań, jakie można zadać pełnomocnikowi procesowemu. Dobry prawnik powinien uczciwie ocenić mocne i słabe strony sprawy, wskazać ryzyka i zaproponować strategię działania. Nie może jednak odpowiedzialnie zagwarantować określonego wyniku procesu. Proces gospodarczy nie jest równaniem matematycznym. To ocena materiału dowodowego przez sąd, często poprzedzona przesłuchaniem świadków, analizą wieloletniej współpracy stron i sporządzeniem opinii przez biegłych. Każdy z tych elementów niesie ze sobą ryzyko, którego nie da się całkowicie wyeliminować. Świadek może pamiętać zdarzenia inaczej niż oczekiwaliśmy. Biegły może wyciągnąć wnioski odmienne od stanowiska przedsiębiorcy. Sąd może inaczej ocenić znaczenie określonych dowodów. To nie oznacza, że proces jest loterią. Oznacza jedynie, że nawet bardzo dobrze przygotowana sprawa nie daje gwarancji sukcesu. Do tego dochodzi czynnik, którego przedsiębiorcy często nie uwzględniają na początku sporu – czas. W praktyce coraz mniej postępowań gospodarczych kończy się szybko. Jeżeli sprawa wymaga opinii biegłego, przesłuchania wielu świadków lub dotyczy skomplikowanej inwestycji czy projektu informatycznego, przedsiębiorca powinien liczyć się z tym, że prawomocny wyrok może zapaść dopiero po kilku latach. Jeżeli sprawa zostanie uchylona do ponownego rozpoznania, ten okres jeszcze się wydłuży. Przez cały ten czas konflikt pozostaje częścią życia przedsiębiorstwa. Angażuje zarząd, pracowników, księgowość i osoby odpowiedzialne za realizację projektów. Wymaga odnajdywania dokumentów, przygotowywania kolejnych wyjaśnień, uczestnictwa w rozprawach i konsultacji z pełnomocnikami. To nie tylko koszt wynagrodzenia kancelarii czy opłat sądowych. To koszt czasu, którego przedsiębiorca nie poświęca na rozwój firmy. A czasu nie da się odzyskać. Przedsiębiorcy bardzo dokładnie liczą koszty zastępstwa procesowego, opłaty sądowe czy wynagrodzenie biegłych. Znacznie rzadziej próbują policzyć koszt własnego zaangażowania, utraconych możliwości biznesowych, zamrożonych środków czy energii organizacji skupionej przez lata na jednym konflikcie. To właśnie te koszty bardzo często okazują się najwyższe. Dlatego pytanie, które warto sobie zadać przed wniesieniem pozwu, nie powinno brzmieć wyłącznie: „Czy wygramy?”. Znacznie ważniejsze jest inne. Czy wygrana rzeczywiście będzie dla przedsiębiorstwa zwycięstwem? W swojej praktyce spotykałem przedsiębiorców, którzy po kilku latach otrzymywali korzystny wyrok. Formalnie wygrali. Biznesowo zapłacili jednak za to bardzo wysoką cenę. W międzyczasie utracili wieloletniego klienta, zablokowali możliwość dalszej współpracy z ważnym partnerem albo przez lata angażowali znaczną część swojej organizacji w konflikt zamiast w rozwój przedsiębiorstwa. To właśnie dlatego dobrze wynegocjowana ugoda nie jest oznaką słabości. Jest często przejawem dojrzałości biznesowej. Przedsiębiorca decydujący się na ugodę nie rezygnuje ze swoich racji. Dokonuje świadomej oceny ryzyka i wybiera rozwiązanie, które z perspektywy całego przedsiębiorstwa może okazać się bardziej racjonalne niż wieloletni proces. Najgroźniejszym doradcą przedsiębiorcy bywa ambicja. To ona podpowiada, że „trzeba pokazać drugiej stronie”, „nie można odpuścić” albo „chodzi o zasadę”. Tymczasem rynek nie nagradza przedsiębiorców za liczbę wygranych procesów. Rynek nagradza tych, którzy potrafią podejmować dobre decyzje. Nie namawiam przedsiębiorców do unikania procesów. Sam od wielu lat je prowadzę i wiem, że w wielu sytuacjach są one niezbędnym narzędziem ochrony interesów firmy. Zachęcam jedynie do tego, aby decyzja o wejściu na drogę sądową była wynikiem chłodnej kalkulacji biznesowej, a nie emocji wywołanych zachowaniem drugiej strony. Proces powinien być ostatecznością, a nie pierwszym odruchem. Rolą dobrego pełnomocnika nie jest wyłącznie przygotowanie pozwu. Równie ważne jest powiedzenie klientowi, że w konkretnej sprawie ugoda może być rozwiązaniem korzystniejszym dla przedsiębiorstwa niż nawet bardzo obiecujący proces. Ostatecznie przedsiębiorstwo nie istnieje po to, aby wygrywać spory. Istnieje po to, aby budować swoją wartość, rozwijać biznes i osiągać zysk. Proces jest jedynie narzędziem ochrony tych celów, nigdy celem samym w sobie. Po latach praktyki jestem przekonany, że przedsiębiorców można podzielić na dwie grupy. Pierwsza koncentruje się na tym, aby wygrać spór. Druga zastanawia się przede wszystkim, jak wygrać przyszłość własnego przedsiębiorstwa. To właśnie ta druga grupa najczęściej odnosi trwały sukces. Bo w biznesie najdroższym procesem bardzo często okazuje się ten, którego można było uniknąć.   Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo gospodarcze

Blog

Proces wygrany, reputacja przegrana? Jak przedsiębiorca powinien reagować na krytykę influencera

Proces wygrany, reputacja przegrana? Jak przedsiębiorca powinien reagować na krytykę influencera Spór wokół działalności internetowego twórcy Książulo oraz kolejne publiczne wypowiedzi Kuby Wojewódzkiego pokazują, jak szybko pojedyncza publikacja może przerodzić się w ogólnopolską dyskusję. Niezależnie od tego, kto ma rację w konkretnym konflikcie, warto zwrócić uwagę na znacznie ważniejszy problem. Dla przedsiębiorcy największym wyzwaniem często nie jest sama krytyka, lecz sposób, w jaki na nią reaguje.Jeszcze kilka lat temu negatywna opinia docierała do ograniczonego grona odbiorców. Dzisiaj film jednego influencera może obejrzeć kilka milionów osób, a następnie zostać powielony przez media, portale społecznościowe i kolejnych komentatorów. W efekcie przedsiębiorca przestaje prowadzić spór z jednym klientem czy recenzentem. Zaczyna funkcjonować w rzeczywistości, w której każda jego decyzja może stać się materiałem do kolejnych publikacji.Naturalnym odruchem wielu firm jest pytanie: „czy możemy pozwać autora materiału?”. Z prawnego punktu widzenia odpowiedź brzmi: czasami tak. Z biznesowego punktu widzenia jest to jednak często niewłaściwe pytanie. Proces sądowy nie jest narzędziem do odbudowy reputacji. Może doprowadzić do uzyskania korzystnego wyroku, nakazu przeprosin czy nawet odszkodowania, ale zazwyczaj trwa wiele miesięcy, a niekiedy kilka lat. W tym czasie materiał funkcjonuje w internecie, jest komentowany, cytowany i wielokrotnie udostępniany. Nawet całkowita wygrana w sądzie nie zawsze oznacza odzyskanie zaufania klientów ani cofnięcie skutków kryzysu.Dlatego pierwszym zadaniem przedsiębiorcy powinno być nie przygotowanie pozwu, lecz ustalenie, z czym rzeczywiście ma do czynienia. Nie każda negatywna wypowiedź narusza prawo. Polskie przepisy chronią dobra osobiste przedsiębiorców, ale jednocześnie respektują wolność wypowiedzi i prawo do krytyki. Istotna jest różnica pomiędzy przedstawieniem nieprawdziwych faktów a wyrażeniem subiektywnej opinii. Jeżeli ktoś twierdzi, że w hotelu doszło do konkretnego zdarzenia, którego w rzeczywistości nie było, sytuacja wygląda inaczej niż wtedy, gdy stwierdza, że pobyt ocenia bardzo negatywnie. Granica pomiędzy tymi kategoriami bywa cienka, jednak z punktu widzenia procesu ma fundamentalne znaczenie.Przedsiębiorcy często popełniają jeszcze jeden błąd. Reagują emocjonalnie. Wysyłają ostre wezwania przedsądowe, publikują agresywne oświadczenia albo próbują prowadzić dyskusję w mediach społecznościowych. Tymczasem internet działa według własnych zasad. Im bardziej spektakularna reakcja, tym większe zainteresowanie odbiorców. Zdarza się, że samo pismo kancelarii staje się bohaterem kolejnego filmu, który osiąga jeszcze większy zasięg niż materiał wywołujący cały konflikt.Nie oznacza to oczywiście, że przedsiębiorca powinien pozostawać bierny. Wręcz przeciwnie. Powinien jednak działać według określonego planu. Pierwszym krokiem jest zabezpieczenie materiału dowodowego. Należy zachować nagrania, komentarze, daty publikacji, statystyki zasięgu oraz dokumentację dotyczącą okoliczności opisywanych przez autora materiału. Internet nie jest środowiskiem trwałym. Treści bywają usuwane, modyfikowane lub publikowane ponownie w zmienionej formie.Drugim etapem jest spokojna analiza. Czy publikacja zawiera nieprawdziwe informacje? Czy mamy dokumenty pozwalające je jednoznacznie obalić? Czy problem dotyczy całego materiału, czy jedynie jego fragmentu? Odpowiedzi na te pytania powinny poprzedzać każdą decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową.Trzecim elementem jest współpraca prawników z osobami odpowiedzialnymi za komunikację. W wielu przedsiębiorstwach są to dwa zupełnie odrębne światy. Tymczasem skuteczna strategia wymaga ich ścisłej współpracy. Oświadczenie publikowane przez dział marketingu może później zostać wykorzystane jako dowód w postępowaniu sądowym, a z kolei źle sformułowane pismo procesowe może wywołać kolejną falę negatywnych publikacji.W praktyce bardzo często najlepszym rozwiązaniem okazuje się szybkie przedstawienie faktów, przyznanie się do rzeczywiście popełnionych błędów i poinformowanie klientów o sposobie ich usunięcia. Taka postawa nie jest oznaką słabości. Wręcz przeciwnie – buduje wiarygodność i ogranicza ryzyko dalszej eskalacji sporu.Dopiero gdy przedsiębiorca ma do czynienia z publikacją zawierającą nieprawdziwe informacje, świadomie manipulującą faktami albo prowadzącą do realnych strat finansowych, warto rozważyć wykorzystanie środków prawnych. Także wtedy należy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki efekt chcemy osiągnąć. Czy celem jest usunięcie konkretnej informacji? Opublikowanie sprostowania? Przeprosiny? Odszkodowanie? Każdy z tych celów wymaga innej strategii.Spory z udziałem influencerów będą pojawiały się coraz częściej. Rosnące zasięgi twórców internetowych sprawiają, że ich publikacje mają dziś wpływ nie tylko na decyzje konsumentów, ale również na wyniki finansowe przedsiębiorstw. Zarządy powinny więc traktować zarządzanie reputacją jako element zarządzania ryzykiem prawnym, a nie wyłącznie zadanie działu marketingu.Największym błędem nie jest bowiem sama krytyka. Największym błędem jest przekonanie, że każdy kryzys reputacyjny można rozwiązać wyłącznie pozwem. Sąd może rozstrzygnąć spór prawny. Zaufanie klientów przedsiębiorca musi jednak odbudować znacznie wcześniej – i przede wszystkim poza salą rozpraw. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo dla influencerów i twórców internetowych

Blog

Najdroższy dokument w firmie to ten, którego nigdy nie sporządzono

Najdroższy dokument w firmie to ten, którego nigdy nie sporządzono Przedsiębiorcy często pytają mnie, jaka jest najczęstsza przyczyna przegranych procesów gospodarczych. Wielu oczekuje odpowiedzi dotyczącej źle skonstruowanej umowy, niekorzystnego przepisu albo błędu popełnionego przez pełnomocnika. Tymczasem doświadczenie prowadzi mnie do zupełnie innego wniosku. Najdroższym dokumentem w przedsiębiorstwie bardzo często okazuje się ten, który nigdy nie powstał. Nie chodzi o brak wielostronicowej umowy czy skomplikowanej opinii prawnej. Chodzi o krótki e-mail potwierdzający ustalenia ze spotkania, protokół odbioru, notatkę z rozmowy z kontrahentem, potwierdzenie zmiany terminu realizacji czy akceptację dodatkowych prac. Dokumenty, których sporządzenie zajmuje kilka minut, a których brak po kilku latach może kosztować przedsiębiorcę setki tysięcy złotych. Paradoks polega na tym, że najrzadziej brakuje ich wtedy, gdy współpraca układa się źle. W sytuacjach konfliktowych przedsiębiorcy stają się ostrożni, zaczynają pisać pisma, potwierdzać ustalenia i konsultować się z prawnikami. Problem pojawia się wtedy, gdy relacje są dobre. „Przecież się znamy.”„Pracujemy razem od lat.”„Nie ma potrzeby wszystkiego formalizować.” To zdania, które w swojej praktyce słyszałem setki razy. Nie ma w nich nic niewłaściwego. Biznes rzeczywiście opiera się na zaufaniu. Trudno wyobrazić sobie prowadzenie przedsiębiorstwa, w którym każda rozmowa kończy się podpisaniem protokołu. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy zaufanie zastępuje organizację. Kontrahenci się zmieniają. Zarządy ulegają zmianom. Pracownicy odchodzą. Pamięć ludzka zawodzi. To, co dziś wydaje się oczywiste, za dwa lata staje się przedmiotem sporu. W sądzie bardzo często nie wygrywa ten, kto lepiej pamięta przebieg wydarzeń. Wygrywa ten, kto potrafi je wiarygodnie odtworzyć. Dlatego od lat powtarzam przedsiębiorcom jedną zasadę: nie dokumentuj dlatego, że nie ufasz drugiej stronie. Dokumentuj dlatego, że za kilka lat żadna ze stron nie będzie już pamiętała wszystkiego tak samo. To ogromna różnica. Wielu właścicieli firm utożsamia dokumentowanie z brakiem zaufania. Tymczasem dobrze prowadzona dokumentacja chroni obie strony współpracy. Eliminuje nieporozumienia, porządkuje ustalenia i zmniejsza ryzyko konfliktu. Z mojego doświadczenia wynika, że krótki e-mail wysłany po spotkaniu częściej zapobiega procesowi, niż później pomaga go wygrać. To właśnie jest jego największa wartość.  W praktyce gospodarczej dostrzegam pewną powtarzającą się prawidłowość. Im większy sukces odnosi przedsiębiorstwo, tym bardziej upraszcza wewnętrzne procedury. To naturalny mechanizm. Zespół zna się od lat, projekty realizowane są szybko, decyzje zapadają sprawnie. Nikt nie chce spowalniać biznesu dodatkowymi formalnościami.W pewnym momencie ta sprawność zaczyna jednak działać przeciwko organizacji.Zmiana zakresu prac zostaje uzgodniona telefonicznie.Termin realizacji przesunięto podczas spotkania.Klient zaakceptował dodatkowe koszty, ale nikt tego nie potwierdził.Kierownik projektu odszedł z firmy.Po dwóch latach okazuje się, że przedsiębiorstwo nie utraciło swoich racji. Utraciło możliwość ich wykazania. Najczęściej nie jest to wynik czyjegoś zaniedbania. To efekt sposobu myślenia. Przedsiębiorcy koncentrują się na przyszłości. Rozwijają sprzedaż, inwestują, zdobywają nowych klientów. To właśnie powinno być ich rolą. Rzadziej zastanawiają się nad tym, czy organizacja pozostawia po sobie uporządkowany ślad własnych decyzji. A przecież każda firma każdego dnia pisze historię swojej działalności. Pytanie brzmi tylko, czy robi to świadomie. Dobrze zarządzane przedsiębiorstwo nie tworzy dokumentów dla prawnika ani dla sądu. Tworzy je dla siebie. Po to, aby za rok, trzy lub pięć lat móc bez wątpliwości odpowiedzieć na podstawowe pytania: co uzgodniono, kto podjął decyzję, dlaczego ją podjęto i jakie były jej konsekwencje. To nie jest biurokracja.To element odpowiedzialnego zarządzania. Coraz częściej spotykam przedsiębiorców, którzy inwestują znaczne środki w systemy informatyczne, automatyzację procesów czy rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji. To dobry kierunek. Warto jednak pamiętać, że nawet najbardziej zaawansowane narzędzia nie zastąpią zdrowych nawyków organizacyjnych. Jeżeli firma nie wypracowała kultury potwierdzania kluczowych ustaleń i porządkowania informacji, nowoczesna technologia jedynie szybciej utrwali istniejący chaos. To dlatego najdroższy dokument w przedsiębiorstwie tak często okazuje się tym, którego nigdy nie sporządzono. Nie dlatego, że był skomplikowany. Nie dlatego, że wymagał specjalistycznej wiedzy. Dlatego, że nikomu nie przyszło do głowy, iż kiedyś może okazać się potrzebny. Po latach prowadzenia sporów gospodarczych doszedłem do jeszcze jednego wniosku. Przedsiębiorcy zbyt często postrzegają dokumentację jako koszt prowadzenia działalności. Tymczasem dobrze prowadzona dokumentacja jest inwestycją. Nie tylko zwiększa bezpieczeństwo prawne, ale również porządkuje organizację, ułatwia podejmowanie decyzji i ogranicza liczbę nieporozumień wewnątrz firmy.Najlepiej zarządzane przedsiębiorstwa nie dokumentują wszystkiego. Dokumentują to, co ma znaczenie. I robią to nie dlatego, że obawiają się procesu.Robią to dlatego, że wiedzą, iż profesjonalnie prowadzony biznes powinien pozostawiać po sobie jasny, spójny i wiarygodny obraz podejmowanych decyzji. To właśnie z takich, z pozoru drobnych nawyków, buduje się bezpieczeństwo przedsiębiorstwa. A bezpieczeństwo, podobnie jak zaufanie, nie powstaje w chwili kryzysu. Buduje się je każdego dnia – często jednym krótkim dokumentem, którego sporządzenie zajmuje kilka minut. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: prawo gospodarcze

Przewijanie do góry