czerwiec 2026 - Kancelaria Prawna Chałas i Wspołnicy
loader image
TWÓJ BIZNES – NASZA SPRAWA
Drugie logo
MENU ×
KANCELARIA ×
USŁUGI ×
ZESPÓŁ ×
PUBLIKACJE ×
DLA PRZEDSIĘBIORCÓW ×

czerwiec 2026

Blog

CISO – nowa kluczowa funkcja w przedsiębiorstwie. Dlaczego nie jest ani informatykiem, ani PR-owcem

CISO – nowa kluczowa funkcja w przedsiębiorstwie. Dlaczego nie jest ani informatykiem, ani PR-owcem Jeszcze kilka lat temu niewiele polskich przedsiębiorstw posiadało w swoich strukturach stanowisko Chief Information Security Officer (CISO). Jeżeli już funkcjonowało, najczęściej stanowiło element działu IT, a jego rola sprowadzała się głównie do zagadnień technicznych związanych z bezpieczeństwem systemów informatycznych. Dzisiaj takie podejście staje się coraz mniej aktualne. Rosnąca liczba cyberataków, uzależnienie przedsiębiorstw od technologii cyfrowych, nowe regulacje prawne oraz coraz większa odpowiedzialność kadry zarządzającej powodują, że CISO staje się jedną z najważniejszych funkcji w nowoczesnej organizacji. Paradoksalnie największym problemem nie jest obecnie brak specjalistów od cyberbezpieczeństwa. Znacznie częściej spotykanym błędem pozostaje niezrozumienie roli, jaką CISO powinien pełnić w strukturze przedsiębiorstwa. W wielu organizacjach funkcja ta nadal bywa łączona ze stanowiskiem dyrektora IT (CIO), szefa infrastruktury informatycznej, a czasem nawet z funkcjami związanymi z komunikacją kryzysową lub public relations. Z pozoru może wydawać się to racjonalne, jednak w praktyce często prowadzi do konfliktu interesów i ograniczenia skuteczności całego systemu bezpieczeństwa. Źródłem problemu jest błędne założenie, że cyberbezpieczeństwo jest wyłącznie zagadnieniem technologicznym. Tymczasem współczesne regulacje, takie jak NIS2, DORA, ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa czy AI Act, traktują bezpieczeństwo jako element zarządzania ryzykiem przedsiębiorstwa. W takim modelu CISO nie odpowiada za serwery, komputery czy oprogramowanie. Odpowiada za identyfikację, ocenę i monitorowanie ryzyk związanych z bezpieczeństwem informacji oraz odpornością organizacji. To zasadnicza różnica. Dyrektor IT lub CIO koncentruje się na zapewnieniu sprawnego funkcjonowania infrastruktury technologicznej. Jego celem jest rozwój systemów, efektywność procesów, dostępność usług oraz wspieranie działalności biznesowej. CISO patrzy natomiast na te same rozwiązania z zupełnie innej perspektywy. Jego zadaniem jest zadawanie niewygodnych pytań: Czy dane są odpowiednio chronione? Czy organizacja jest przygotowana na cyberatak? Jakie konsekwencje będzie miało przejęcie systemów przez osoby nieuprawnione? Czy wdrażane rozwiązania technologiczne nie generują nadmiernego ryzyka prawnego, operacyjnego lub finansowego? W praktyce oznacza to, że CIO i CISO mogą mieć częściowo rozbieżne cele. CIO będzie zainteresowany szybkim wdrożeniem nowego rozwiązania poprawiającego efektywność organizacji. CISO powinien natomiast ocenić, czy wdrożenie nie prowadzi do powstania nowych zagrożeń wymagających dodatkowych zabezpieczeń. Właśnie dlatego w dojrzałych organizacjach funkcje te są zazwyczaj rozdzielone. Podobny problem pojawia się przy próbach łączenia stanowiska CISO z obszarem komunikacji lub public relations. Rolą działu PR jest ochrona reputacji przedsiębiorstwa, zarządzanie komunikacją oraz budowanie pozytywnego wizerunku organizacji. CISO powinien natomiast przede wszystkim identyfikować zagrożenia, raportować nieprawidłowości oraz wskazywać obszary wymagające zmian, nawet jeżeli są one niewygodne dla kierownictwa. Trudno skutecznie pełnić obie funkcje jednocześnie. W praktyce prowadzi to często do sytuacji, w której bezpieczeństwo zaczyna być postrzegane bardziej jako problem komunikacyjny niż rzeczywiste ryzyko wymagające działań organizacyjnych. Rosnące znaczenie funkcji CISO wynika również z ewolucji samych zagrożeń. Jeszcze kilkanaście lat temu cyberbezpieczeństwo kojarzyło się głównie z wirusami komputerowymi i ochroną sieci. Obecnie skutki incydentów obejmują niemal wszystkie obszary działalności przedsiębiorstwa. Mogą prowadzić do zatrzymania produkcji, utraty danych klientów, naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa, odpowiedzialności kontraktowej, sankcji regulacyjnych, a nawet odpowiedzialności członków zarządu za brak właściwego nadzoru nad ryzykiem. Coraz częściej pojawia się również nowy obszar odpowiedzialności związany z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Organizacje wdrażające rozwiązania AI muszą nie tylko oceniać ich użyteczność biznesową, ale również analizować związane z nimi ryzyka prawne, bezpieczeństwa informacji, ochrony danych oraz zgodności regulacyjnej. W naturalny sposób powoduje to rozszerzenie zakresu odpowiedzialności CISO na zagadnienia związane z AI Governance. W wielu przedsiębiorstwach stanowisko to zaczyna przypominać funkcję dyrektora ds. ryzyka technologicznego. Nie oznacza to oczywiście, że każda organizacja musi zatrudniać odrębnego CISO na pełen etat. W szczególności w przypadku małych i średnich przedsiębiorstw możliwe jest korzystanie z modelu outsourcingowego lub fractional CISO, polegającego na powierzeniu tej funkcji wyspecjalizowanemu ekspertowi zewnętrznemu. Niezależnie jednak od przyjętego modelu organizacyjnego jedno pozostaje niezmienne. CISO nie powinien być postrzegany jako kolejny informatyk w strukturze przedsiębiorstwa Jego podstawowym zadaniem nie jest zarządzanie technologią. Jego zadaniem jest zarządzanie ryzykiem związanym z technologią. A to różnica, która w świetle nowych regulacji i rosnącej odpowiedzialności kadry zarządzającej może mieć dla przedsiębiorstwa znaczenie fundamentalne. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy    Dowiedz się więcej: prawo cyberbezpieczeństwai bezpieczeństwa informacji

Blog

Między deklaracją a zmianą. co naprawdę wynika z kodeksu dobrych praktyk local content?

Między deklaracją a zmianą. Co naprawdę wynika z kodeksu dobrych praktyk local content? Kilka tygodni temu miałem okazję uczestniczyć w konferencji poświęconej local content w Rzeszowie. Wówczas najwięcej emocji budziła sama idea wzmacniania krajowego komponentu w strategicznych inwestycjach. Dziś dyskusja wchodzi w nową fazę. Znamy już bowiem nie tylko kierunek polityki państwa, ale również dokument, który ma stanowić praktyczne narzędzie jej realizacji – Kodeks Dobrych Praktyk Local Content. Warto zadać pytanie, czy mamy do czynienia z przełomem, czy raczej z kolejnym dokumentem, który pozostanie w sferze deklaracji. Pierwsze wrażenie jest pozytywne. Autorzy Kodeksu uniknęli pokusy tworzenia rozwiązań, które mogłyby pozostawać w kolizji z zasadami wspólnego rynku Unii Europejskiej. Od początku podkreślano, że local content nie oznacza protekcjonizmu ani administracyjnego wykluczania podmiotów zagranicznych. Celem jest zwiększenie udziału przedsiębiorstw krajowych w realizacji strategicznych inwestycji przy zachowaniu zasad konkurencji. To ważne, ponieważ właśnie na tym etapie wiele podobnych inicjatyw w innych państwach napotykało bariery prawne. Polska próbuje pójść inną drogą. Najbardziej interesującym elementem Kodeksu wydaje się próba obiektywizacji pojęcia „podmiotu krajowego”. Przez lata dyskusja o patriotyzmie gospodarczym była obciążona dużą dozą emocji. Tymczasem zaproponowany model opiera się na konkretnych kryteriach. Ocenie podlega między innymi miejsce prowadzenia działalności, rezydencja podatkowa, lokalizacja właściciela, zatrudnienie pracowników w Polsce czy udział krajowych obrotów. Każdemu z tych elementów przypisano określoną wagę. To rozwiązanie zasługuje na uwagę z dwóch powodów. Po pierwsze, pozwala odejść od prostego i często mylącego podziału na firmy „polskie” i „zagraniczne”. W rzeczywistości gospodarczej takie rozróżnienie coraz częściej traci sens. Spółka z zagranicznym akcjonariuszem może tworzyć tysiące miejsc pracy w Polsce, płacić tu podatki i realizować większość działalności operacyjnej. Z kolei formalnie polska spółka może generować znaczną część wartości poza krajem. System wag lepiej oddaje rzeczywistość niż zero-jedynkowe klasyfikacje. Po drugie, pojawia się możliwość rzeczywistego mierzenia efektów polityki gospodarczej. Dotychczas dyskusja o patriotyzmie gospodarczym była w dużej mierze intuicyjna. Trudno było odpowiedzieć na pytanie, jaka część środków wydawanych w ramach wielkich inwestycji rzeczywiście pozostaje w polskiej gospodarce. Teraz państwo próbuje stworzyć metodologię, która pozwoli takie zjawiska monitorować. Jednocześnie właśnie w tym miejscu pojawia się największe wyzwanie. Kodeks nie jest źródłem prawa. Nie tworzy obowiązków i nie nakłada sankcji. Jest zbiorem rekomendacji skierowanych przede wszystkim do spółek z udziałem Skarbu Państwa. Samo Ministerstwo Aktywów Państwowych podkreśla, że dokument ma charakter wytycznych i nie zastępuje obowiązujących przepisów. Czy to wada? Niekoniecznie. Paradoksalnie siła tego projektu może wynikać właśnie z jego miękkiego charakteru. Historia compliance, ESG czy ładu korporacyjnego pokazuje, że trwałe zmiany często rozpoczynają się nie od ustaw, lecz od standardów zarządczych i oczekiwań właścicielskich. Problem polega jednak na tym, że same rekomendacje nigdy nie wystarczą. Jeżeli local content ma stać się czymś więcej niż hasłem, konieczne będą trzy kolejne kroki. Po pierwsze, potrzebne są wiarygodne dane. Nie da się zarządzać czymś, czego nie można zmierzyć. Dlatego kluczowe znaczenie będzie miało stworzenie jednolitej metodologii raportowania udziału komponentu krajowego w inwestycjach. Bez tego dyskusja szybko wróci do poziomu deklaracji. Po drugie, niezbędne jest powiązanie local content z systemami oceny zarządów. W tym obszarze pojawiają się już pierwsze zapowiedzi. Ministerstwo wskazuje, że realizacja celów związanych ze zwiększaniem komponentu krajowego ma być jednym z elementów oceny działalności zarządów spółek z udziałem Skarbu Państwa. To może okazać się momentem przełomowym. Zarządy realizują przede wszystkim te cele, które są mierzone. Po trzecie wreszcie, konieczna będzie zmiana kultury zakupowej. I właśnie tutaj znajduje się najtrudniejszy element całego projektu. W poprzednim artykule zwracałem uwagę na zjawisko swoistego gospodarczego konformizmu. W wielu organizacjach nadal funkcjonuje przekonanie, że wybór zagranicznego dostawcy jest decyzją bezpieczniejszą od wyboru przedsiębiorcy krajowego. Nie wynika to z analizy jakości czy ceny, lecz z utrwalonych przez lata schematów decyzyjnych. Żaden kodeks nie zmieni tego automatycznie. Może jednak stworzyć warunki, w których takie decyzje zaczną być poddawane bardziej racjonalnej ocenie. Dlatego Kodeks Dobrych Praktyk Local Content należy oceniać nie przez pryzmat tego, czym jest dzisiaj, ale przez pryzmat tego, czym może się stać za kilka lat. Sam dokument nie zbuduje polskiego potencjału przemysłowego. Nie zwiększy liczby krajowych dostawców i nie zmieni struktury gospodarki. Może jednak stać się początkiem zmiany sposobu myślenia o inwestycjach publicznych i strategicznych. A być może właśnie tego najbardziej brakowało w Polsce przez ostatnie trzydzieści lat – nie kolejnych regulacji, lecz odwagi, aby zacząć mierzyć i świadomie wspierać wartość, która pozostaje w krajowej gospodarce. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Blog

Local content – czy kodeks dobrych praktyk wystarczy, aby przełamać polski odruch preferowania zagranicy?

Local content – czy kodeks dobrych praktyk wystarczy, aby przełamać polski odruch preferowania zagranicy? Podczas konferencji „Energia z Polski. Local First – Forum Dostawców Przemysłu Energetycznego i Obronnego” w Rzeszowie jednym z najczęściej powracających tematów była koncepcja local content. Minister Aktywów Państwowych Wojciech Balczun przedstawił ją nie jako kolejny program wsparcia przedsiębiorców, ale jako element szerszej strategii gospodarczej państwa, związanej z bezpieczeństwem, odpornością łańcuchów dostaw oraz budową krajowych kompetencji przemysłowych. (Gov.pl) Dyskusja o local content jest jednak znacznie ciekawsza niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie chodzi bowiem wyłącznie o to, czy polskie firmy powinny otrzymywać więcej kontraktów. Prawdziwe pytanie brzmi: czy da się zmienić sposób myślenia uczestników rynku bez wprowadzania administracyjnych nakazów, kwot i ograniczeń, które często okazują się nieskuteczne albo wręcz szkodliwe? Rząd przyjął definicję local content i zapowiedział stworzenie mechanizmów wspierających udział polskich przedsiębiorstw w strategicznych inwestycjach realizowanych w obszarze infrastruktury, energetyki, obronności czy cyfryzacji. Założeniem nie jest jednak formalne wykluczanie podmiotów zagranicznych, lecz zwiększenie udziału krajowego komponentu w realizowanych przedsięwzięciach. To podejście wydaje się rozsądne. Polska jest członkiem Unii Europejskiej i uczestnikiem wspólnego rynku. Wprowadzenie otwartych preferencji narodowych w zamówieniach publicznych byłoby nie tylko trudne prawnie, ale mogłoby wywołać reakcje odwetowe ze strony innych państw. Dlatego też rząd konsekwentnie podkreśla, że local content nie ma być protekcjonizmem, lecz zmianą sposobu myślenia o gospodarce. (PAP MediaRoom portal, Gospodarka Morska) W tym miejscu pojawia się jednak zasadnicza wątpliwość. Czy rzeczywiście problemem polskiej gospodarki jest brak odpowiednich regulacji? A może problem leży gdzie indziej – w utrwalonych przez lata schematach decyzyjnych? W wielu sektorach można zaobserwować zjawisko, które trudno nazwać inaczej niż gospodarczym konformizmem. Menedżer, urzędnik czy członek zarządu wybierający zagranicznego dostawcę często czuje się bezpieczniej niż wtedy, gdy decyduje się na firmę krajową, nawet jeśli parametry techniczne, doświadczenie i cena są porównywalne. Mechanizm jest prosty. W przypadku sukcesu decyzja nie budzi emocji. W przypadku problemów łatwo wskazać, że wybrano „uznanego międzynarodowego dostawcę”. Odpowiedzialność rozmywa się w renomie marki. Wybór polskiego przedsiębiorcy wymaga natomiast większej odwagi decyzyjnej. W razie niepowodzenia łatwiej postawić pytanie: dlaczego nie wybrano podmiotu zagranicznego? To właśnie ten psychologiczny aspekt wydaje się jednym z największych wyzwań dla idei local content. Przez wiele lat Polska funkcjonowała jako rynek przyjmujący zagraniczne technologie, kapitał i know-how. Model ten przyniósł niewątpliwe korzyści. Dzięki niemu nastąpiła modernizacja wielu sektorów gospodarki. Jednocześnie utrwalił jednak przekonanie, że rozwiązania zagraniczne są z definicji lepsze, bezpieczniejsze i bardziej profesjonalne. Dzisiaj sytuacja wygląda już inaczej. W wielu branżach polskie przedsiębiorstwa nie są podwykonawcami zagranicznych koncernów, lecz samodzielnymi uczestnikami globalnych łańcuchów dostaw. Dysponują własnymi technologiami, kompetencjami projektowymi i doświadczeniem zdobywanym na rynkach międzynarodowych. Mimo to w praktyce nadal często przegrywają nie z powodu jakości czy ceny, ale z powodu stereotypów. Dlatego szczególnie interesująca wydaje się koncepcja kodeksu dobrych praktyk local content, o której coraz częściej mówi się w otoczeniu administracji publicznej i spółek z udziałem Skarbu Państwa. Założenie jest proste. Zamiast tworzyć kolejne obowiązki prawne, należy budować kulturę organizacyjną, w której analiza krajowego komponentu staje się naturalnym elementem procesu decyzyjnego. Pytanie jednak, czy to wystarczy. Historia gospodarcza pokazuje, że same deklaracje rzadko prowadzą do trwałej zmiany zachowań. Kodeksy etyczne, standardy ESG czy polityki compliance zaczynały przynosić efekty dopiero wtedy, gdy za deklaracjami pojawiały się mierzalne wskaźniki oraz realna odpowiedzialność kadry zarządzającej za ich realizację. Podobnie może być z local content. Jeżeli koncepcja ma wyjść poza poziom konferencyjnych deklaracji, konieczne będzie regularne mierzenie udziału krajowego komponentu w strategicznych inwestycjach oraz publikowanie porównywalnych danych. Właśnie taki kierunek zapowiada Ministerstwo Aktywów Państwowych, wskazując na potrzebę monitorowania poziomu local content na różnych poziomach wykonawstwa. (Gospodarka Morska) Kluczowe znaczenie będzie miała również zmiana sposobu oceny efektywności inwestycji. W Polsce nadal dominującym kryterium pozostaje cena bezpośrednia. Tymczasem coraz więcej państw analizuje również efekt mnożnikowy dla gospodarki, wpływ na rozwój kompetencji krajowych, odporność łańcuchów dostaw czy bezpieczeństwo strategiczne. (www.eecpoland.eu) Nie oznacza to oczywiście, że każda polska firma powinna wygrywać z zagraniczną wyłącznie dlatego, że jest polska. Taki model szybko doprowadziłby do spadku konkurencyjności i jakości. Local content nie powinien być tarczą chroniącą słabszych uczestników rynku. Powinien być instrumentem umożliwiającym uczciwe konkurowanie tym przedsiębiorstwom, które posiadają odpowiednie kompetencje, ale przez lata pozostawały poza głównym nurtem dużych projektów inwestycyjnych. Być może zatem najważniejszym wyzwaniem nie jest stworzenie kolejnych regulacji. Być może prawdziwym testem dla idei local content będzie odpowiedź na pytanie, czy polskie elity gospodarcze są gotowe porzucić utrwalony odruch, zgodnie z którym zagraniczne oznacza lepsze. Jeżeli odpowiedź będzie twierdząca, kodeks dobrych praktyk może okazać się początkiem trwałej zmiany. Jeżeli nie – nawet najbardziej rozbudowane definicje i wytyczne pozostaną jedynie kolejnym dokumentem, który dobrze wygląda w prezentacjach, ale nie zmienia rzeczywistości. A właśnie od zmiany rzeczywistości, a nie od tworzenia kolejnych deklaracji, zależy powodzenie całego projektu local content. Autor: Jarosław Chałas  Partner Zarządzający Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy   Dowiedz się więcej: Prawo gospodarcze

Blog

Outsourcing IT i dostawcy usług: jak IOD powinien weryfikować umowy pod kątem NIS2 i art. 28 RODO

Outsourcing IT i dostawcy usług: jak IOD powinien weryfikować umowy pod kątem NIS2 i art. 28 RODO Przez wiele lat outsourcing usług IT był postrzegany przede wszystkim jako sposób na ograniczenie kosztów i uzyskanie dostępu do specjalistycznej wiedzy technicznej. Przedsiębiorstwa przekazywały obsługę infrastruktury informatycznej, bezpieczeństwa sieci, hostingu czy rozwiązań chmurowych wyspecjalizowanym podmiotom, zakładając, że wraz z usługą przejmują one również znaczną część odpowiedzialności za bezpieczeństwo systemów. Współczesne regulacje dotyczące cyberbezpieczeństwa pokazują jednak, że takie założenie jest błędne. Dyrektywa NIS2 oraz przepisy o ochronie danych osobowych opierają się na zupełnie innej filozofii. Można delegować wykonywanie określonych czynności. Nie można jednak skutecznie delegować odpowiedzialności za zarządzanie ryzykiem. To właśnie dlatego łańcuch dostaw staje się dziś jednym z najważniejszych obszarów zainteresowania regulatorów, audytorów oraz zarządów przedsiębiorstw. Jeszcze kilka lat temu cyberatak kojarzył się przede wszystkim z próbą bezpośredniego włamania do systemów organizacji. Dziś coraz częściej punktem wejścia okazuje się dostawca usług informatycznych, firma utrzymująca infrastrukturę, podmiot świadczący usługi chmurowe albo producent wykorzystywanego oprogramowania. Atakujący doskonale wiedzą, że zabezpieczenia dużych organizacji są zwykle znacznie silniejsze niż zabezpieczenia ich partnerów biznesowych. Właśnie dlatego jednym z kluczowych elementów NIS2 jest zarządzanie ryzykiem związanym z dostawcami. Dla wielu przedsiębiorstw będzie to jedna z największych zmian praktycznych wynikających z nowych regulacji. Dotychczas przy wyborze dostawcy IT często dominowały kryteria cenowe, zakres funkcjonalności oraz czas wdrożenia. W najbliższych latach coraz większego znaczenia nabierać będzie zdolność wykazania odpowiedniego poziomu cyberbezpieczeństwa. Z perspektywy ochrony danych osobowych podobny kierunek wynika od dawna z art. 28 RODO. Administrator danych powinien korzystać wyłącznie z usług takich podmiotów przetwarzających, które zapewniają wystarczające gwarancje wdrożenia odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych. W praktyce jednak bardzo wiele organizacji sprowadzało ten obowiązek do podpisania standardowej umowy powierzenia przetwarzania danych. Tymczasem zarówno NIS2, jak i doświadczenia związane z licznymi incydentami cybernetycznymi pokazują, że sama dokumentacja nie zapewnia bezpieczeństwa. Coraz większego znaczenia nabiera rzeczywista weryfikacja dostawców. Czy dostawca posiada procedury zarządzania incydentami? Czy prowadzi testy bezpieczeństwa? Czy posiada plan ciągłości działania? Czy korzysta z podwykonawców? Czy przewidziano obowiązki informacyjne na wypadek incydentu? Czy umowa pozwala na przeprowadzenie audytu? Czy organizacja wie, gdzie faktycznie znajdują się dane oraz systemy wykorzystywane do świadczenia usług? Są to pytania, które jeszcze niedawno zadawali głównie specjaliści techniczni. Dziś coraz częściej powinny interesować również osoby odpowiedzialne za zgodność regulacyjną, ochronę danych osobowych oraz zarządzanie ryzykiem. Ma to szczególne znaczenie w sektorach infrastruktury krytycznej, energetyki, przemysłu, transportu oraz obronności. W tych obszarach skutki incydentu cybernetycznego nie ograniczają się do problemów informatycznych. Mogą prowadzić do zatrzymania produkcji, zakłócenia procesów logistycznych, utraty zdolności operacyjnych lub niewykonania strategicznych kontraktów. Dlatego coraz częściej mówi się nie o bezpieczeństwie pojedynczej organizacji, lecz o bezpieczeństwie całego ekosystemu dostawców. Przedsiębiorstwo może posiadać rozbudowane procedury cyberbezpieczeństwa, wysoki poziom zabezpieczeń technicznych oraz wyspecjalizowany zespół odpowiedzialny za bezpieczeństwo informacji. Wystarczy jednak jeden słabo zabezpieczony dostawca posiadający dostęp do infrastruktury lub danych, aby znacząco zwiększyć poziom ryzyka. Z perspektywy NIS2 jest to problem fundamentalny.  Nowoczesne zarządzanie cyberbezpieczeństwem nie polega już wyłącznie na ochronie własnych systemów. Obejmuje również identyfikację, ocenę i monitorowanie ryzyka występującego po stronie partnerów biznesowych. To właśnie dlatego organizacje przygotowujące się do nowych wymogów powinny traktować przegląd umów outsourcingowych nie jako formalność prawną, lecz jako element budowania odporności organizacyjnej. Największym zagrożeniem nie jest dziś bowiem brak odpowiednich zapisów umownych. Jest nim błędne przekonanie, że skoro usługa została przekazana na zewnątrz, odpowiedzialność za związane z nią ryzyko również została skutecznie przeniesiona. NIS2 bardzo wyraźnie pokazuje, że w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Autor: Jarosław Chałas Partner Zarządzający Radca Prawny   Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: Prawo cyberbezpieczeństwai bezpieczeństwa informacji

Blog

Kiedy incydent NIS2 staje się naruszeniem danych osobowych

Kiedy incydent NIS2 staje się naruszeniem danych osobowych Wiele organizacji przygotowujących się do wdrożenia wymogów NIS2 nadal traktuje cyberbezpieczeństwo i ochronę danych osobowych jako dwa odrębne światy. Za cyberbezpieczeństwo odpowiada dział IT lub zewnętrzny dostawca usług, za zgodność z RODO inspektor ochrony danych, a zarząd otrzymuje od czasu do czasu raport dotyczący jednego lub drugiego obszaru. Problem pojawia się w momencie wystąpienia realnego incydentu. Wówczas bardzo szybko okazuje się, że granice pomiędzy NIS2 a RODO są znacznie mniej oczywiste, niż mogłoby się wydawać. Co więcej, ten sam incydent może jednocześnie uruchomić obowiązki wynikające z przepisów o cyberbezpieczeństwie, ochronie danych osobowych, a także odpowiedzialność kontraktową wobec klientów i partnerów biznesowych. To właśnie dlatego pytanie, kiedy incydent NIS2 staje się naruszeniem danych osobowych, ma obecnie znaczenie znacznie wykraczające poza obszar compliance. W praktyce wielu przedsiębiorców utożsamia naruszenie ochrony danych osobowych wyłącznie z wyciekiem danych. Tymczasem zgodnie z RODO naruszenie może dotyczyć poufności, integralności lub dostępności danych. Oznacza to, że nawet jeśli dane nie zostały skradzione ani ujawnione osobom nieuprawnionym, nadal może dojść do naruszenia ochrony danych osobowych. Wyobraźmy sobie sytuację, w której przedsiębiorstwo pada ofiarą ataku ransomware. Systemy zostają zaszyfrowane, a pracownicy tracą dostęp do baz klientów, dokumentacji oraz systemów operacyjnych. W pierwszej reakcji wiele organizacji skupia się wyłącznie na przywróceniu działalności. Tymczasem już sam brak dostępności danych osobowych może oznaczać naruszenie w rozumieniu RODO. Jednocześnie ten sam incydent może zostać zakwalifikowany jako incydent cyberbezpieczeństwa podlegający obowiązkom wynikającym z NIS2. W praktyce oznacza to konieczność równoległej analizy dwóch różnych reżimów prawnych. Jeszcze bardziej skomplikowana sytuacja powstaje wtedy, gdy oprócz utraty dostępności dochodzi również do eksfiltracji danych. W takim przypadku przedsiębiorstwo może być zobowiązane zarówno do realizacji obowiązków raportowych przewidzianych dla incydentów cyberbezpieczeństwa, jak i do dokonania oceny ryzyka dla osób, których dane dotyczą, a następnie do zgłoszenia naruszenia organowi nadzorczemu oraz – w określonych przypadkach – do poinformowania samych osób, których dane zostały naruszone. W praktyce niebezpieczne jest przyjmowanie uproszczonego założenia, że skoro nie stwierdzono wycieku danych, problem RODO nie występuje. Coraz częściej organy nadzorcze zwracają uwagę również na kwestie integralności i dostępności danych. Utrata kontroli nad systemami informatycznymi może prowadzić do zakłócenia procesów biznesowych, uniemożliwienia realizacji usług oraz naruszenia praw osób, których dane są przetwarzane. Szczególnego znaczenia nabierają również incydenty dotyczące dostawców usług IT oraz rozwiązań chmurowych. Przedsiębiorstwa coraz częściej korzystają z usług SaaS, infrastruktury chmurowej oraz zewnętrznego utrzymania systemów. W przypadku incydentu po stronie dostawcy organizacja bardzo często koncentruje się na analizie odpowiedzialności kontraktowej usługodawcy. Jest to zrozumiałe, ale niewystarczające. Fakt, że źródło incydentu znajduje się poza organizacją, nie oznacza automatycznego wyłączenia obowiązków wynikających z RODO lub NIS2. Przeciwnie – jednym z podstawowych założeń współczesnych regulacji dotyczących cyberbezpieczeństwa jest zarządzanie ryzykiem w całym łańcuchu dostaw. W praktyce największym błędem popełnianym po incydencie nie jest zwykle brak wiedzy technicznej. Problemem okazuje się brak zintegrowanego procesu decyzyjnego. Dział IT analizuje incydent z perspektywy technicznej. Inspektor ochrony danych ocenia skutki dla danych osobowych. Dział prawny analizuje zobowiązania kontraktowe. Zarząd koncentruje się na przywróceniu działalności operacyjnej. Każdy działa prawidłowo, ale często niezależnie od pozostałych. Tymczasem skuteczne zarządzanie incydentami wymaga spojrzenia całościowego. To właśnie dlatego organizacje przygotowujące się do NIS2 powinny odchodzić od budowania równoległych procedur dla cyberbezpieczeństwa i ochrony danych osobowych. Znacznie bardziej efektywnym rozwiązaniem jest stworzenie jednego modelu zarządzania incydentami, który pozwala równocześnie identyfikować konsekwencje techniczne, regulacyjne, kontraktowe i biznesowe. NIS2 nie zastępuje RODO. RODO nie zastępuje NIS2. Obie regulacje coraz częściej dotyczą jednak tych samych zdarzeń. A największe ryzyko dla przedsiębiorstwa pojawia się nie wtedy, gdy dochodzi do incydentu, lecz wtedy, gdy organizacja nie potrafi prawidłowo ocenić, z jakim rodzajem incydentu ma do czynienia i jakie obowiązki uruchamia on jednocześnie.   Autor: Jarosław Chałas  Partner Zarządzający Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: Prawo cyberbezpieczeństwa i bezpieczeństwa informacji

Blog

Nowa era ryzyka w odpowiedzialności za wadliwy produkt

Publikacja ekspercka w „Świat Przemysłu Farmaceutycznego” 2/2026 Z przyjemnością informujemy, że w najnowszym numerze czasopisma „Świat Przemysłu Farmaceutycznego” (2/2026) ukazał się artykuł autorstwa radcy prawnego Zbigniewa Cieślaka z Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy. Publikacja poświęcona jest jednej z najistotniejszych zmian regulacyjnych ostatnich lat – Dyrektywie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/2853 dotyczącej odpowiedzialności za produkty wadliwe. Nowe przepisy znacząco rozszerzają zakres odpowiedzialności przedsiębiorców, obejmując nie tylko producentów końcowych, lecz także importerów, dystrybutorów, dostawców komponentów cyfrowych oraz podmioty uczestniczące w łańcuchu dostaw. Artykuł przedstawia praktyczne konsekwencje nowych regulacji dla sektora farmaceutycznego, w szczególności w obszarach: • odpowiedzialności za oprogramowanie i komponenty cyfrowe,• nowych obowiązków producentów i importerów,• ryzyk związanych z globalnymi łańcuchami dostaw,• compliance, cyberbezpieczeństwa i zarządzania ryzykiem,• odpowiedzialności za produkty wykorzystujące technologie cyfrowe,• wpływu nowych przepisów na relacje kontraktowe pomiędzy uczestnikami rynku. Nowe regulacje stanowią istotne wyzwanie dla przedsiębiorców działających w sektorach regulowanych. W wielu przypadkach konieczne będzie przeprowadzenie audytu procesów, umów oraz systemów wykorzystywanych przy projektowaniu, produkcji i dystrybucji produktów. „Błąd w oprogramowaniu może dziś kosztować producenta tyle samo, co wada fizyczna produktu – nawet jeśli nie stworzył on tego systemu.” Powyższa teza dobrze obrazuje skalę zmian wprowadzanych przez nowe przepisy oraz konieczność kompleksowego podejścia do zarządzania odpowiedzialnością produktową. Fragment publikacji Poniżej prezentujemy treść publikacji, która ukazała się w czasopiśmie „Świat Przemysłu Farmaceutycznego” nr 2/2026. Wydanie czasopisma Artykuł został opublikowany również w kwartalniku „Świat Przemysłu Farmaceutycznego” nr 2/2026, zawierającym liczne eksperckie opracowania poświęcone zagadnieniom prawnym, regulacyjnym i biznesowym w branży farmaceutycznej. Zachęcamy do zapoznania się z pełnym wydaniem czasopisma dostępnym na stronie wydawcy. Przejdź do pełnego wydania Autor: Zbigniew Cieślak, radca prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Blog

Kto zbierze polskie owoce i warzywa? O bezpieczeństwie żywnościowym, rynku pracy i polityce migracyjnej bez emocji

Kto zbierze polskie owoce i warzywa? O bezpieczeństwie żywnościowym, rynku pracy i polityce migracyjnej bez emocji Polska od lat należy do największych producentów żywności w Europie. Jesteśmy liderem w produkcji jabłek, znaczącym producentem owoców miękkich, warzyw, mięsa drobiowego oraz wielu innych produktów trafiających zarówno na krajowe stoły, jak i na rynki zagraniczne. Eksport produktów rolno-spożywczych przekracza obecnie 50 miliardów euro rocznie i stanowi jeden z filarów polskiej gospodarki. Przyzwyczailiśmy się myśleć o bezpieczeństwie państwa przez pryzmat armii, granic, energetyki czy infrastruktury krytycznej. Znacznie rzadziej rozmawiamy o tym, że jednym z fundamentów bezpieczeństwa jest również zdolność do produkowania żywności. Bezpieczeństwo żywnościowe nie powstaje jednak w ministerialnych gabinetach ani w dokumentach strategicznych. Powstaje każdego dnia w gospodarstwach rolnych, sadach, szklarniach, zakładach przetwórczych i centrach logistycznych. Powstaje dzięki pracy tysięcy przedsiębiorców oraz setek tysięcy osób zaangażowanych w cały łańcuch produkcji żywności. I właśnie tutaj pojawia się problem, o którym mówi się zbyt rzadko. Polskie rolnictwo coraz silniej odczuwa niedobór pracowników. Dotyczy to szczególnie prac sezonowych związanych ze zbiorami owoców i warzyw. Nie jest to zjawisko nowe. Od wielu lat przedsiębiorcy sygnalizują, że liczba osób zainteresowanych wykonywaniem takich prac na rynku krajowym jest niewystarczająca. Powody są dobrze znane. Zmiany demograficzne, starzenie się społeczeństwa, migracja młodych ludzi do większych miast, rosnące oczekiwania płacowe oraz konkurencja innych sektorów gospodarki powodują, że znalezienie odpowiedniej liczby pracowników staje się coraz trudniejsze. W praktyce oznacza to, że znaczna część produkcji rolnej uzależniona jest od możliwości legalnego zatrudniania cudzoziemców. Nie jest to polska specyfika. Tak funkcjonują dziś praktycznie wszystkie rozwinięte gospodarki europejskie. Niemcy, Holandia, Hiszpania czy Włochy od lat opierają znaczną część prac sezonowych na zatrudnianiu pracowników zagranicznych. Polska nie jest tu wyjątkiem. Jednocześnie państwo ma pełne prawo, a nawet obowiązek, prowadzić odpowiedzialną politykę migracyjną. Ochrona granic, przeciwdziałanie nielegalnej migracji, eliminowanie nadużyć wizowych czy walka z fikcyjnym zatrudnieniem należą do podstawowych obowiązków administracji publicznej. Po doświadczeniach ostatnich lat trudno oczekiwać, aby kwestie migracyjne nie były przedmiotem szczególnej uwagi organów państwa. Problem nie polega więc na tym, czy państwo powinno kontrolować proces wydawania wiz.   Powinno. Pytanie brzmi, jak robić to skutecznie, nie powodując jednocześnie niezamierzonych skutków gospodarczych. W debacie publicznej często przedstawia się bezpieczeństwo i gospodarkę jako wartości konkurencyjne. Tymczasem w rzeczywistości są one od siebie wzajemnie zależne. Państwo, które nie kontroluje procesów migracyjnych, naraża się na ryzyka bezpieczeństwa. Państwo, które nie dostrzega potrzeb własnej gospodarki, naraża się na osłabienie konkurencyjności przedsiębiorstw, spadek produkcji i utratę rynków eksportowych. Prawdziwe wyzwanie polega na znalezieniu równowagi. Dla przedsiębiorcy działającego w sektorze rolnym najważniejsza jest przewidywalność. Producent owoców nie może przesunąć zbiorów o trzy miesiące. Plantator malin nie może poczekać do przyszłego roku na zakończenie procedur administracyjnych. Zakład przetwórczy nie może wyjaśnić zagranicznemu kontrahentowi, że nie zrealizuje dostawy, ponieważ zabrakło pracowników do zebrania surowca. Biologia nie zna pojęcia „termin urzędowy”. To właśnie dlatego tak istotne znaczenie ma spójność działań państwa. Jeżeli przedsiębiorca uzyskuje wymagane dokumenty na rynku pracy, organizuje proces rekrutacyjny, zawiera kontrakty handlowe, planuje produkcję i ponosi konkretne koszty organizacyjne, powinien mieć możliwość racjonalnej oceny swoich szans na skuteczne przeprowadzenie całego procesu. Nie chodzi o gwarancję pozytywnej decyzji. Nie chodzi o automatyzm. Chodzi o przewidywalność. Przedsiębiorcy są gotowi dostosowywać się do nowych wymagań. Są gotowi ponosić dodatkowe koszty związane z weryfikacją kandydatów, organizacją pobytu czy zwiększonymi obowiązkami dokumentacyjnymi. Warunkiem jest jednak znajomość zasad. Niepewność jest dla gospodarki znacznie bardziej kosztowna niż nawet najbardziej rygorystyczne, ale jasno określone wymagania. Warto przy tym pamiętać, że skutki niedoboru pracowników sezonowych nie ograniczają się wyłącznie do pojedynczych przedsiębiorców. Każda niezebrana tona owoców oznacza stratę dla producenta. Każda niewykonana dostawa oznacza problem dla przetwórcy. Każdy utracony kontrakt eksportowy oznacza osłabienie pozycji polskich firm na zagranicznych rynkach. W skali całego sektora skutki mogą być odczuwalne znacznie szerzej niż tylko przez samych rolników. Dlatego warto postawić kilka pytań. Czy obecny model zatrudniania pracowników sezonowych odpowiada rzeczywistym potrzebom rynku? Czy przedsiębiorcy otrzymują wystarczająco jasne informacje dotyczące oczekiwań administracji? Czy poszczególne elementy systemu działają w sposób wystarczająco spójny i przewidywalny? Czy państwo dysponuje mechanizmami pozwalającymi na bieżąco oceniać wpływ polityki migracyjnej na produkcję żywności? Są to pytania gospodarcze, a nie polityczne. Dotyczą one bowiem nie tylko procedur administracyjnych, ale również przyszłości jednego z najważniejszych sektorów polskiej gospodarki. Polska potrzebuje skutecznej polityki migracyjnej. Polska potrzebuje również silnego rolnictwa. Nie musimy wybierać pomiędzy jednym a drugim. Powinniśmy natomiast prowadzić otwartą i merytoryczną dyskusję o tym, jak pogodzić oba te cele. Bo bezpieczeństwo państwa zaczyna się nie tylko na granicy. Zaczyna się również na polu, w sadzie i w gospodarstwie rolnym. A odpowiedź na pytanie, kto będzie zbierał polskie owoce i warzywa za pięć lub dziesięć lat, może okazać się ważniejsza, niż dziś wielu z nas przypuszcza.   Autor: Jarosław Chałas  Partner Zarządzający Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy   Dowiedz się więcej: prawo pracy

Blog

NIS2 a odpowiedzialność zarządu. Gdzie kończy się cyberatak, a zaczyna business judgement rule?

Przez lata cyberbezpieczeństwo pozostawało obszarem zarezerwowanym dla informatyków, administratorów systemów oraz zewnętrznych dostawców usług IT. W wielu przedsiębiorstwach rola zarządów ograniczała się do zatwierdzania budżetów przeznaczanych na zabezpieczenia informatyczne. Zakładano, że kwestie techniczne powinny pozostać w gestii specjalistów. Jeszcze kilka lat temu takie podejście nie budziło większych zastrzeżeń. Dziś jego obrona staje się coraz trudniejsza. Dyrektywa NIS2 oraz wdrażające ją przepisy krajowe nie są bowiem wyłącznie regulacją dotyczącą cyberbezpieczeństwa. W szerszej perspektywie stanowią kolejny etap rozwoju odpowiedzialności osób zarządzających przedsiębiorstwami za identyfikację i kontrolę ryzyk, które mogą wpływać na funkcjonowanie organizacji. Jeszcze niedawno pytanie o odpowiedzialność członka zarządu za skutki cyberataku mogło wydawać się abstrakcyjne. Obecnie staje się jednym z najbardziej praktycznych zagadnień na styku prawa spółek, compliance i cyberbezpieczeństwa. Czy skuteczny cyberatak może prowadzić do odpowiedzialności członka zarządu? W określonych okolicznościach taki scenariusz jest jak najbardziej możliwy. Nie wynika to jednak z samego faktu wystąpienia incydentu. Punktem wyjścia jest zrozumienie podstawowego założenia NIS2. Regulacja nie nakłada na przedsiębiorców obowiązku zagwarantowania pełnego bezpieczeństwa systemów informatycznych. Taki obowiązek byłby niewykonalny. Nie istnieją organizacje całkowicie odporne na cyberataki. Od przedsiębiorstw oczekuje się czegoś innego. Chodzi o stworzenie adekwatnego systemu zarządzania ryzykiem cybernetycznym, dostosowanego do charakteru działalności, skali zagrożeń oraz znaczenia organizacji dla gospodarki i bezpieczeństwa państwa. W tym momencie cyberbezpieczeństwo przestaje być wyłącznie zagadnieniem technologicznym. Staje się elementem systemu zarządzania przedsiębiorstwem. To właśnie tutaj pojawia się bezpośredni związek z prawem spółek. Od 2022 roku w polskim Kodeksie spółek handlowych funkcjonuje zasada business judgement rule. Zgodnie z art. 293 § 3 KSH członek zarządu nie narusza obowiązku dochowania należytej staranności, jeżeli postępując lojalnie wobec spółki działa w granicach uzasadnionego ryzyka gospodarczego, opierając się na informacjach, analizach i opiniach, które przy danych okolicznościach powinny zostać uwzględnione przy dokonywaniu starannej oceny. Oznacza to, że członek zarządu nie odpowiada za każdą błędną decyzję biznesową. Odpowiedzialność może jednak pojawić się wtedy, gdy decyzja została podjęta bez odpowiedniego procesu, bez wymaganej analizy lub z pominięciem istotnych ryzyk, które były możliwe do zidentyfikowania. Dlatego NIS2 ma znaczenie znacznie szersze niż tylko regulacyjne. Załóżmy, że spółka produkcyjna realizująca kontrakty dla sektora infrastrukturalnego staje się ofiarą ataku ransomware. Produkcja zostaje zatrzymana na trzy tygodnie. Powstają opóźnienia w realizacji kontraktów, naliczane są kary umowne, a część klientów rezygnuje ze współpracy. Sam fakt wystąpienia ataku nie przesądza jeszcze o odpowiedzialności zarządu. Kluczowe znaczenie będzie miała odpowiedź na pytanie, czy przed incydentem funkcjonował adekwatny system zarządzania ryzykiem cybernetycznym. Czy przeprowadzono analizę ryzyka? Czy zarząd otrzymywał regularne raporty dotyczące cyberbezpieczeństwa Czy wdrożono procedury reagowania na incydenty? Czy prowadzono szkolenia pracowników? Czy oceniano poziom bezpieczeństwa dostawców i partnerów biznesowych? Czy organizacja posiadała plan ciągłości działania? Czy testowano procedury awaryjne oraz zdolność do odtworzenia kluczowych procesów? Jeżeli odpowiedź na większość tych pytań będzie negatywna, powoływanie się na business judgement rule może okazać się znacznie trudniejsze. Ocena odpowiedzialności będzie dokonywana już po wystąpieniu incydentu, jednak przy uwzględnieniu informacji, które były dostępne przed jego wystąpieniem. Nie chodzi więc o to, czy zarząd był w stanie przewidzieć konkretny atak. Przedmiotem oceny będzie raczej to, czy przy znanych zagrożeniach podjęto działania odpowiadające standardom profesjonalnego zarządzania ryzykiem. Z perspektywy odpowiedzialności zarządu jest to kwestia kluczowa. Business judgement rule chroni przed odpowiedzialnością za skutek, którego nie udało się uniknąć pomimo dochowania należytej staranności. Nie chroni natomiast przed konsekwencjami zaniechań w obszarze identyfikacji, monitorowania i zarządzania ryzykiem. Z tego względu cyberbezpieczeństwo staje się jednym z elementów należytej staranności zarządczej. W przypadku sporu lub postępowania kontrolnego oceniane będą nie tyle same skutki incydentu, ile wcześniejsze decyzje, procedury i działania podejmowane przez osoby zarządzające przedsiębiorstwem. Nabiera to szczególnego znaczenia w sektorach strategicznych. Przedsiębiorstwa działające w obszarze energetyki, infrastruktury krytycznej, transportu, logistyki, przemysłu obronnego czy zaawansowanej produkcji przemysłowej pełnią funkcje istotne nie tylko z punktu widzenia gospodarki, ale również bezpieczeństwa państwa. W odniesieniu do takich podmiotów trudno będzie skutecznie argumentować, że zagrożenia cybernetyczne stanowiły ryzyko nieprzewidywalne lub marginalne. Co istotne, źródło zagrożeń coraz częściej znajduje się poza organizacją. Jednym z najważniejszych elementów NIS2 jest obowiązek uwzględniania ryzyk związanych z dostawcami oraz partnerami biznesowymi. Oznacza to konieczność oceny bezpieczeństwa podmiotów posiadających dostęp do infrastruktury, danych lub procesów przedsiębiorstwa. Po wystąpieniu incydentu może zatem pojawić się kolejne pytanie: czy spółka weryfikowała bezpieczeństwo swoich dostawców, czy też całkowicie pomijała ryzyka związane z łańcuchem dostaw? Potencjalne konsekwencje nie ograniczają się przy tym wyłącznie do relacji pomiędzy zarządem a spółką. Poważny incydent cybernetyczny może prowadzić do roszczeń kontrahentów, sporów dotyczących niewykonania lub nienależytego wykonania umów, utraty możliwości uczestnictwa w strategicznych projektach, a w określonych przypadkach również do odpowiedzialności regulacyjnej wynikającej z przepisów o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Nie można również pomijać sankcji administracyjnych przewidzianych dla podmiotów objętych regulacją. W zależności od kategorii podmiotu mogą one sięgać wielu milionów euro lub określonego procentu globalnego obrotu przedsiębiorstwa. Z perspektywy członków zarządu jeszcze większe znaczenie może mieć jednak możliwość wykazania, że organizacja posiadała adekwatny system zarządzania ryzykiem i że obowiązki wynikające z przepisów nie pozostawały wyłącznie na poziomie formalnych deklaracji. W rzeczywistości NIS2 nie jest projektem informatycznym. Jest projektem zarządczym. Ostatecznie przedmiotem oceny będą nie systemy informatyczne, lecz decyzje podejmowane przez osoby odpowiedzialne za funkcjonowanie przedsiębiorstwa. W erze NIS2 pytania o cyberbezpieczeństwo przestają być kierowane wyłącznie do działów IT. Coraz częściej będą trafiały na posiedzenia zarządów i rad nadzorczych. W przypadku poważnego incydentu kluczowe nie będzie bowiem ustalenie, czy doszło do ataku. To będzie oczywiste. Znacznie ważniejsze okaże się ustalenie, czy organizacja była na taki scenariusz przygotowana i czy osoby nią zarządzające mogą wykazać, że wcześniej podjęły działania odpowiadające standardowi należytej staranności. To właśnie te decyzje mogą stać się w najbliższych latach przedmiotem oceny sądów, regulatorów, akcjonariuszy oraz właścicieli przedsiębiorstw. Jarosław Chałas Partner Zarządzający, Radca Prawny Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy Dowiedz się więcej: Prawo własności intelektualnej i nowych technologii

Przewijanie do góry