Czy przedsiębiorca może powoływać się na wyłączenia w toku egzekucji?

Egzekucja nie zawsze oznacza dla przedsiębiorcy konieczność zaprzestania prowadzenia działalności gospodarczej

Zasadą sądowego postępowania egzekucyjnego jest, iż zajęciu w toku egzekucji podlegają praktycznie wszystkie składniki majątku dłużnika. Reguła ta ma zastosowanie także w sytuacji, gdy dłużnikiem jest przedsiębiorca. Przepisy Kodeksu postępowania cywilnego wprowadzają tu bowiem jedynie nieliczne odstępstwa.

Jednym z takich wyjątków niewątpliwie jest art. 1061 § 1 k.p.c., który stanowi, iż dłużnik prowadzący działalność gospodarczą w formie przedsiębiorstwa lub gospodarstwa rolnego, w razie gdy egzekucja zostanie skierowana do rzeczy niezbędnej do prowadzenia tej działalności, może wystąpić do sądu o wyłączenie tej rzeczy spod zajęcia, wskazując we wniosku składniki swego mienia, z których jest możliwe zaspokojenie roszczenia wierzyciela w zamian za rzecz zwolnioną. O wyłączeniu spod zajęcia sąd orzeka po wysłuchaniu stron, biorąc pod uwagę obok interesów wierzyciela i dłużnika również społeczno-gospodarcze znaczenie działalności gospodarczej dłużnika. Należy zwrócić uwagę, iż przesłanką skorzystania przez dłużnika z takiego uprawnienia jest wskazanie innego składnika majątku, z którego mogłaby być prowadzona egzekucja. Przykładowo, jeśli dłużnikowi prowadzącemu zakład produkcyjny zajęta zostanie obrabiarka, to może on wnioskować o zwolnienie jej spod zajęcia egzekucyjnego wskazując, iż wierzyciel zaspokoić może się z samochodu służącego do prywatnego użytku dłużnika. Przy czym, ocena co do zasadności takiego żądania należeć będzie zawsze do sądu.

Natomiast stosownie do art. 829 pkt 4) k.p.c. nie podlegają egzekucji narzędzia i inne przedmioty niezbędne do osobistej pracy zarobkowej dłużnika oraz surowce niezbędne dla niego do produkcji na okres jednego tygodnia, z wyłączeniem jednak pojazdów mechanicznych. Jeśli więc egzekucja prowadzona jest przeciwko osobie, która prowadzi, tzw. jednoosobową działalność gospodarczą polegającą np. na prostych usługach hydraulicznych, to komornik sądowy nie będzie mógł prowadzić egzekucji z narzędzi takiego przedsiębiorcy. Zwrócić jednak należy uwagę, iż przepis ten nie obejmuje pojazdów mechanicznych. Tak więc w przypadku, gdy dłużnik prowadzi działalność polegającą na przewozie osób, np. jest taksówkarzem, egzekucja będzie mogła być prowadzona z tego typu ruchomości, a dłużnik, nie będzie mógł się powoływać na ograniczenie egzekucji wynikające z przedmiotowego przepisu.

Jeśli przedsiębiorca będący osobą fizyczną świadczy usługi na podstawie umowy zlecenia, to w pewnych przypadkach będzie mógł on powoływać się na ograniczenia egzekucji. W razie bowiem otrzymywania przez dłużnika świadczeń powtarzających, których celem jest zapewnienie utrzymania się, zastosowania do tego typu świadczeń będą miały przepisy ograniczające egzekucję z wynagrodzenia za pracę (art. 833 § 2 k.p.c.). Zatem w razie gdy dłużnik, w ramach prowadzonej przez niego działalności gospodarczej, świadczy usługi polegające np. na administrowaniu siecią internetową biura rachunkowego i z tego tytułu otrzymuje co miesiąc stałe wynagrodzenie, można uznać, iż taki stan faktyczny spełnia przesłanki, o których mowa cytowanym powyżej w art. 833 § 2 k.p.c. Kodeks pracy stanowi zaś, iż – co do zasady, lub o ile egzekucja nie dotyczy świadczeń alimentacyjnych – wolna od potrąceń jest kwota minimalnego wynagrodzenia za pracę, ustalanego na podstawie odrębnych przepisów, przysługującego pracownikom zatrudnionym w pełnym wymiarze czasu pracy, po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne oraz zaliczki na podatek dochodowy od osób fizycznych – przy potrącaniu sum egzekwowanych na mocy tytułów wykonawczych na pokrycie należności innych niż świadczenia alimentacyjne. Dłużnik tym samym może powoływać się na przedmiotowe przepisy, wskazując iż otrzymywane przez niego wynagrodzenie z tytułu umowy zlecenia wolne będzie od potrąceń.

W toku egzekucji zajęty może zostać jedynie majątek należący do dłużnika. W praktyce oznacza to, iż komornik nie będzie mógł skierować egzekucji do np. maszyny, z której dłużnik korzysta na podstawie umowy leasingu. Jeśli zaś w toku egzekucji doszłoby do tego rodzaju zajęcia, osoba trzecia, której prawa zostały naruszone przez zajęcie przedmiotu egzekucji (najczęściej osobą taką będzie właściciel przedmiotu lub prawa), może żądać w drodze powództwa zwolnienia przedmiotu spod egzekucji. Jest to tzw. powództwo ekscydencyjne (interwencyjne). Pamiętać jednak należy, iż powództwo takie należy wnieść w terminie miesiąca od dnia dowiedzenia się o naruszeniu prawa, chyba że inny termin jest przewidziany w przepisach odrębnych.

Ugoda z Prezesem UOKiK – fakty i mity

Aktualnie obowiązująca ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów przewiduje możliwość ugodowego zakończenia postępowania prowadzonego przez Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w zakresie postępowań w sprawach praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów.

Przesądza o tym treść art. 102 ustawy, który literalnie nie stwarza większych trudności interpretacyjnych. Co więcej, polubowne rozstrzyganie sporów wynikłych na tle naruszeń praw konsumentów wydaje się wręcz naturalną metodą ich rozwiązywania. Ugoda, po pierwsze, byłaby zdecydowanie szybsza w porównaniu ze standardową procedurą administracyjną prowadzącą do wydania decyzji. Jednocześnie byłaby ona wynikiem konsensusu osiągniętego przez przedsiębiorcę i podmiot reprezentujący interesy konsumentów, co zapewniałoby większą skuteczność powziętych w ten sposób zobowiązań. Należałoby więc oczekiwać, że tego typu środek będzie miał szerokie zastosowanie, a Prezes UOKiK będzie postrzegany nie tylko jako bezlitosny stróż prawa, ale również jako pragmatyczny regulator, który posługuje się wszelkimi środkami, jakie służą ochronie interesów konsumentów.

Czy jest tak w istocie? Odpowiedź na to pytanie jest negatywna. Wskazany wyżej przepis jest na chwilę obecną martwy, a przeszkodą na drodze do jego stosowania jest wewnętrzna sprzeczność z innymi normami ustawy. W obecnej redakcji stanowi ona bowiem, że stroną postępowania w sprawach praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów są wyłącznie przedsiębiorcy, którym postanowiono zarzuty ich naruszenia, a samo postępowanie jest wszczynane z urzędu. Brak jest więc drugiej strony postępowania, której interes byłby sprzeczny z interesem przedsiębiorcy, i z którą mógłby on zawrzeć ugodę kończącą postępowanie.

Kierując się jednak zasadą racjonalnego ustawodawcy, trudno założyć, że celem art. 102 ustawy jest jedynie pusta deklaracja koncyliacyjnego charakteru postępowania, bez żadnych realnych skutków. Jedną z wysuwanych koncepcji usunięcia tej sprzeczności jest więc uznanie, że do zawarcia ugody mogłoby dojść pomiędzy przedsiębiorcą, a samym Prezesem UOKiK. Byłoby to jednak rozwiązanie nieznane w polskim prawie administracyjnym, gdzie do zawarcia ugody dochodzi pomiędzy stronami postępowania, a organ jedynie zatwierdza jej treść. Z tego powodu, na chwilę obecną, UOKiK nie podejmuje prób takiej wykładni.

Dotychczasowe podejście, choć zrozumiałe, należy uznać za konserwatywne i mało praktyczne. Zawarcie ugody przez Prezesa UOKiK oraz przedsiębiorcę oskarżonego o antykonsumenckie praktyki nie wyłączałoby możliwości następczego wydania decyzji administracyjnej, w której UOKiK zobowiązałby przedsiębiorcę do określonych działań/zaniechań zmierzających do zapobieżenia dalszym naruszeniom. Przedmiotem ewentualnych „negocjacji” i wzajemnych uzgodnień byłyby w takim przypadku: rodzaj oraz zakres tych działań, a także termin ich realizacji. Ugodowy charakter takiego porozumienia byłby zachowany. Ustępstwo UOKiK polegałoby na rezygnacji z dalszego postępowania i decyzji nakazującej zaniechanie praktyki oraz wiążącej się z nią kary pieniężnej. Natomiast w przypadku przedsiębiorcy ceną kompromisu byłoby faktyczne przyznanie się do zabronionego czynu i zobowiązanie do dobrowolnego zapobieżenia dalszym naruszeniom interesów konsumentów. Wydanie decyzji zobowiązującej byłoby w takim przypadku wykonaniem ugody przez Prezesa UOKiK, a jej realizacja przez przedsiębiorcę zależałaby z kolei od wykonania tej decyzji.

Ewidentną korzyścią przedsiębiorców z takiej konstrukcji byłoby uzyskanie pewności, że UOKiK nie wykorzysta – przynajmniej dorozumianego – przyznania się przez nich do winy i odstąpi od sankcji z tego tytułu. Nawet jeśli ugoda taka nie zostałaby ostatecznie zawarta, w dalszym postępowaniu przedsiębiorca mógłby skutecznie kwestionować postanowione mu zarzuty z powołaniem na ogólną zasadę, zgodnie z którą oświadczenia składane w toku negocjacji ugodowych nie mogą być wykorzystane w dalszym postępowaniu przeciwko ich autorom. Wydaje się, że zasada ta, właściwa dla stosunków cywilno-prawnych, powinna być z powodzeniem stosowana również w postępowaniu administracyjnym, o ile byłoby ono wzbogacone o takie, typowe dla prawa cywilnego, instrumenty. Przemawia za tym wzgląd na ogólne zasady postępowania administracyjnego, które postulują pogłębianie zaufania obywateli do władzy publicznej oraz przyznają pierwszeństwo ugodowemu załatwianiu spraw.

Możliwość zawarcia ugody z Prezesem UOKiK byłaby istotnym argumentem na rzecz szerszego niż dotychczas stosowania trybu, w którym przedsiębiorcy dobrowolnie zobowiązują się do podjęcia lub zaniechania działań zmierzających do zapobieżenia naruszeniom. Na chwilę obecną wielu z nich wstrzymuje się z inicjatywą w tym zakresie, obawiając się, że propozycja taka nie zostanie pozytywnie rozpatrzona przez UOKiK, a przyczyni się jedynie do ich ukarania. Wolą więc raczej iść w zaparte, licząc na łut szczęścia w dalszym postępowaniu bądź niski wymiar kary.

Wydaje się, że zadaniem ustawodawcy powinno być jednoznaczne rozstrzygnięcie omawianej wątpliwości i albo uwzględnienie celu i treści art. 102 ustawy w jej dalszych postanowieniach, albo jego wykreślenie, jako niemieszczącego się w obowiązującym modelu procedury administracyjnej.

Pracodawca przejmujący zakład pracy nie może dowolnie zmienić dotychczasowych warunków zatrudnienia pracowników

Kupujący zakład pracy nie ma swobody w ukształtowaniu stosunków pracy z jego pracownikami. Nie będzie mógł rozwiązać umów o pracę i zawrzeć nowych, zwolnić z powodu przejęcia, ani zmienić warunków wynagrodzenia i pracy.

Nowy pracodawca jest związany umowami o pracę zawartymi z pracodawcą poprzednim. W myśl w art. 231 § 1Kodeksu pracy w razie przejścia zakładu pracy lub jego części na innego pracodawcę staje się on z mocy prawa stroną w dotychczasowych stosunkach pracy. Norma ta jest skorelowana z art. 3 ust. 1 Dyrektywy Rady 2001/23/WE z dnia 12 marca 2001 r. w sprawie zbliżania ustawodawstw Państw Członkowskich odnoszących się do ochrony praw pracowniczych w przypadku przejęcia przedsiębiorstw, zakładów lub części przedsiębiorstw lub zakładów.

Przejście zakładu pracy następuje niezależnie od woli pracodawców i pracowników

Pojęciem zakładu pracy w aspekcie jego przejścia ustawodawca posługuje się w znaczeniu przedmiotowym – jako zespół składników majątkowych, osobowych oraz organizacyjnych, a więc niemajątkowych. Zakładem pracy nie jest w tym znaczeniu pracodawca. Samo zaś jego przejście jest instytucją prawa pracy zapewniającą stabilność zatrudnienia oraz gwarantującą trwałość stosunku pracy niezależnie od zmian po stronie pracodawcy.

Polska nie jest wyjątkiem w Unii Europejskiej. Przejęcie pracowników przez nowego pracodawcę następuje z mocy prawa. Nie jest uzależnione od czynności pracowników a więc nie muszą oni wyrazić zgody na przejście. Pracownicy nie mogą się również skutecznie sprzeciwić przejęciu. Nie da się uchylić skutków przejścia na podstawie umowy zawartej pomiędzy dotychczasowym i nowym pracodawcą, ani pomiędzy przejmowanymi pracownikami a którymkolwiek z pracodawców.

Nowy pracodawca i pracownicy nie muszą zawierać nowej umowy o pracę. Z mocy prawa nawiązuje się stosunek pracy z nowym pracodawcą o identycznej treści, jaki istniał pomiędzy poprzednim pracodawcą a przejmowanymi pracownikami. Przykładowo, pracodawca, na którego przeszedł zakład pracy, jest związany zasadami premiowania obowiązującymi w tym zakładzie. Nie jest też możliwe wyłączenie – w drodze umowy czy decyzji pracodawcy – z przejścia zakładu pracy części pracowników. O tym, czy doszło do przejścia, rozstrzygające znaczenie mają okoliczności faktyczne.

Samo przejęcie baz danych może być uznane za przejście zakładu pracy

Najprostszym przykładem przejścia zakładu pracy jest przejęcie jego całości. Nowy pracodawca wchodzi w posiadanie całości zakładu pracy rozumianego jako przedsiębiorstwo, z wszystkimi jego składnikami materialnymi, niematerialnymi oraz pracownikami.

W sądach przez lata toczył się spór, czy konieczne jest przejęcie składników materialnych, czy też wystarczy przejęcie składników niematerialnych. Ostatecznie wypracowana przez orzecznictwo odpowiedź wskazuje, że wystarczy druga przesłanka. Stanowisko to zasługuje na pełną akceptację i poparcie. Sąd Najwyższy wskazuje przykładowe elementy zakładu pracy, które decydują o tym, że doszło do przejścia. Wystarczające jest przejęcie przez nowego pracodawcę zadań realizowanych przez dotychczasowego pracodawcę. Może to być przejęcie wyodrębnionej jedynie organizacyjnie części zakładu pracy, czyli np. jednego ze sklepów sieci sprzedaży choćby nadal działał pod starą marką, znakiem towarowym. Przejściem zakładu pracy jest również odwrotna sytuacja, gdy nowy pracodawca przejmuje całość majątku starego pracodawcy, nie kontynuując jego działalności.

O przejściu zakładu pracy mogą zadecydować same zmiany organizacyjne, w wyniku których nie ma zapotrzebowania na pracę konkretnego pracownika w dotychczasowym miejscu i czasie. Do przejścia może dojść w wyniku takich zdarzeń, jak sprzedaż, dzierżawa, podział spadku, restrukturyzacja, przekształcenie w spółkę lub spółdzielnię.

Outsourcing

Bardzo popularnym zjawiskiem stał się outsourcing, czyli przejęcie zadań danego przedsiębiorcy – przez innego przedsiębiorcę. W większości przypadków outsourcingu dojdzie do przejścia części zakładu pracy. Przykładowo: w przedsiębiorstwie transportowym dyspozytor planuje przewóz i dostawę towaru ciężarówkami. W celu zredukowania kosztów szef firmy decyduje się na „wyoutsourcowanie” obowiązków dyspozytora i powierza ich wykonywanie innemu przedsiębiorcy. Pracownik nadal będzie planował transport ciężarówek na rzecz tej samej grupy docelowej klientów. Mimo tego, że pracownik będzie dalej wykonywał swoją pracę w tym samym miejscu, przy użyciu tych samych narzędzi, to dojdzie do przejścia części zakładu pracy.

Sprzeczne z prawem będzie postępowanie starego pracodawcy, jak i tego, który przejmie jego zadania, polegające na tym, że stary pracodawca rozwiąże umowę o pracę lub jej nie przedłuży, zaś przedsiębiorca przejmujący zawrze z pracownikiem-dyspozytorem umowę cywilnoprawną. Podobnie stary pracodawca nie może rozwiązać umowy o pracę, a przedsiębiorca przejmujący nie może zawrzeć z takim pracownikiem nowej umowy o pracę na innych zasadach. W każdym z tych przypadków sąd uzna, że nadal trwa w niezmienionej postaci poprzednia umowa o pracę. Jedyną różnicą będzie tylko to, że na miejsce starego pracodawcy wstąpi nowy. Przejętemu pracownikowi można zmienić wynagrodzenie i warunki pracy, ale tylko w drodze wypowiedzenia zmieniającego.

Nasz program telewizyjny będzie kontynuowany

W związku z wysoką oglądalnością TVP INFO zdecydowała o emisji nowych odcinków współtworzonego przez nas programu „W labiryncie prawa”. Już teraz pracujemy nad kolejnymi, ciekawymi dla Państwa propozycjami.

„W labiryncie prawa” to program o tematyce prawnej tworzony przez ekspertów Kancelarii. Cotygodniowa audycja jest poświęcona rozwiązywaniu problemów prawnych, jakie mogą stać się udziałem każdego z nas. W programie przedstawiane są historie bohaterów, którzy z powodu wadliwego prawa, niejasnych przepisów, opieszałości urzędów lub bezduszności firm i instytucji nie potrafią znaleźć wyjścia z trudnej dla siebie sytuacji.

Mecenas Jarosław Chałas – gospodarz programu – w każdym odcinku przeprowadza widzów przez labirynt przepisów, wyjaśniając, jak minimalizować negatywne skutki prawne określonych zdarzeń, jak im zapobiegać, a co najważniejsze – jak skutecznie dochodzić swoich praw.

Zapraszamy Państwa w niedzielne przedpołudnia do TVP INFO.

Spółki obywatelskiej aktywności

Mija niemal półtora roku od przyjęcia programu rządowego, który miał służyć wsparciu prywatyzacji z udziałem pracowników i jednostek samorządu terytorialnego. Pomysł – dobry. Ale skutki – mizerne.

Przygotowany przez Ministerstwo Gospodarki program w założeniach powinien ułatwić prywatyzację i restrukturyzację państwowych przedsiębiorstw przez wejście pracowników w skład udziałowców/akcjonariuszy, a także dopomóc w sanacji upadłych przedsiębiorstw.
Co mogłoby powszechniej skłaniać pracowników do wyłożenia pieniędzy i do ryzyka związanego z inwestycją finansową (nawet jeśli jest ona ograniczona do poziomu 20 proc. całej inwestycji) i ewentualnym niepowodzeniem gospodarczym spółki? Udział samorządu terytorialnego oraz objęcie beneficjentów programu gwarancjami bankowymi do 30 mln euro (maksymalnie do 80 proc. pozostającego do spłaty zobowiązania objętego poręczeniem).

Diabeł tkwi w szczegółach
Nie najgorszy pomysł ma szansę stać się jednak niewypałem. Pomijając nawet żółwi proces legislacyjny (to już prawie 1,5 roku aprobaty Rady Ministrów dla programu rządowego): ów dokument powstał o kilkanaście lat za późno.
Prywatyzacja trwa już 21 lat – i właściwie cały ten czas administracja, mimo rozmaitych ustaw, dość niechętnie traktowała udział pracowniczych spółek w prywatyzacji państwowych firm. Powód? Przekonanie, że nie dają one pewności stabilnego rozwoju (vide: rozwodniony akcjonariat, brak doświadczenia w realnym zarządzaniu przedsiębiorstwem i środków gwarantujących niezbędny poziom inwestycji). Istotny bywał też fakt, że z reguły środki, jakimi spółki pracownicze mogły zasilić Skarb Państwa, były mniejsze niż w przypadku sprzedaży firmy w drodze przetargu czy rokowań. Efekt: spółki pracownicze uczestniczyły w prywatyzacjach niezwykle rzadko.
Brak zaplecza finansowego pracowników-akcjonariuszy czy udziałowców prowokował bądź upadłość, bądź też zbycie wiodących pakietów na rzecz inwestora zewnętrznego. Mimo prawnego ograniczenia możliwości sprzedaży udziałów czy akcji spółki uczestniczącej w prywatyzacji w drodze oddania przedsiębiorstwa do odpłatnego korzystania, stosowano liczne sposoby obchodzenia barier (różnorodne umowy cywilnoprawne). I ostatecznie przedsiębiorstwa nabywał określony inwestor bądź kadra menedżerska prywatyzowanej firmy. Zmiany, wprowadzane przez rządowy program, zakładają oczywiście sankcje (bo i one przewidują ograniczenia czasowe w obrocie udziałami/akcjami), ale nie wydają się skuteczne. Nie ograniczają bowiem możliwości zawierania umów przedwstępnych sprzedaży czy obciążania udziałów/akcji prawami osób trzecich. Również przejście prawa własności udziałów/akcji w drodze egzekucji nie może być limitowane – a zatem też nie podlega tym ograniczeniom.

Nowe założenia, stare problemy

Czy rządowa inicjatywa znacząco zmienia sytuację? Zdefiniowano wprawdzie podmiot – spółkę aktywności obywatelskiej, w której zredukowano wymagany dotychczas parytet uczestnictwa pracowników prywatyzowanego przedsiębiorstwa, umożliwiając obecność w niej stałych kooperantów i jednostek samorządu terytorialnego. Ale nie zlikwidowało to podstawowego problemu: braku aktywności pracowniczo-obywatelskiej.
Koszty i warunki pozyskania gwarancji w Banku Gospodarstwa Krajowego też nie są wyjątkowe – mają charakter komercyjny. Marże i prowizje naliczane będą na zasadach ogólnie przyjętych, a gwarancje i poręczenia dedykowane są wyłącznie dla spółek posiadających zdolność kredytową.
Upływ czasu, w którym zakładów nie modernizowano, a ich pozycja na rynku znacząco podupadła, a także ogólnoświatowy kryzys gospodarczy sprawiają, że zainteresowanie pracowników takimi unormowaniami prawnymi i – idącymi w ślad za nimi – możliwościami, jest i będzie znikome. W prywatyzacyjnej puli nie pozostało zresztą zbyt wiele interesujących przedsiębiorstw, których wielkość pozwalałaby skorzystać ze wspominanych mechanizmów. W formie przedsiębiorstw państwowych pracuje jeszcze ok. 250 firm (w większości organem założycielskim dla nich są wojewodowie). Ponad 1300 spółek powstało w wyniku komercjalizacji – i czeka na dalsze decyzje. Najlepsze firmy z pewnością nie będą przeznaczone do prywatyzacji ścieżką nazwaną „spółką aktywności obywatelskiej”. Nie dziwi więc, że – mimo możliwości gwarancji z BGK – obecnie zainteresowane takim procesem były jedynie dwie spółki…

Dystans samorządowców
Rządowy program przewiduje konieczność wielu zmian w przepisach – m.in. ustaw o: komercjalizacji i prywatyzacji, o poręczeniach i gwarancjach udzielanych przez Skarb Państwa oraz niektóre osoby prawne, projektu ustawy o nadzorze właścicielskim, a także prawa upadłościowego i naprawczego. Wspomina się nawet o ewentualności zwolnienia z podatku dochodowego od osób fizycznych dla pracowników- udziałowców/akcjonariuszy spółek aktywności obywatelskiej. Na szczęście – dość niezobowiązująco, bo przy tak dużym długu publicznym obciążenia podatkowe rosną. I nierealne byłoby spodziewanie się czegoś odwrotnego.
Patrząc choćby na katalog ustaw do zmiany, mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z rządowym opracowaniem, wykorzystującym głęboką analizę stanu prawnego i jego konsekwencji, czyli praktycznych możliwości. Ale..
Przewidywany jest w dokumencie dość szeroki udział sektora samorządowego: to właśnie on ma być jednym z najważniejszych beneficjentów programu i – zarazem – stroną uwiarygodniającą i wspomagającą procesy prywatyzacyjne. Skąd się zatem bierze dystans samorządowców?
Wynika zapewne z wiedzy o prawnych ograniczeniach, zawartych w ustawach o samorządzie terytorialnym, gospodarce komunalnej, samorządzie gminnym, samorządzie województwa, samorządzie powiatowym. Samorządy mają pełną świadomość, że przepisy te mocno krępują prowadzenie przez nie działalności gospodarczej – poprzez bycie udziałowcem/akcjonariuszem jedynie w spółkach sfery użyteczności publicznej. Jedynie w przypadku gmin przepisy prawa przewidują ewentualność angażowania się w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością bądź akcyjną w takim stopniu, w jakim wpłynie to na poważną redukcję bezrobocia czy też wtedy, gdy spółka taka byłaby ważna dla rozwoju gminy. De facto – prawne blokady uniemożliwiają uczestnictwo samorządów w znakomitej większości prywatyzacyjnych projektów i marginalizują udział jednostek samorządu terytorialnego w programie rządowym spółek aktywności obywatelskiej.

Za późno i z mankamentami
Czy ów program – ociężale wprowadzany, o kilkanaście lat spóźniony, obarczony licznymi brakami – wpłynie na aktywizację obywateli? Chyba nie. Wydaje się, że pozostanie raczej odzwierciedleniem potrzeb – a bardziej, w tym przypadku, życzeń i nadziei – finansowych Skarbu Państwa.
Obywatele oczekują po prostu na wiele prostych, choć – jak wskazują lata praktyki – trudnych do wprowadzenia na naszym gruncie rozwiązań: na mniej ograniczeń w aktywności gospodarczej, mniej licencji i zgód, mniej wszelakich kontroli i podejrzliwości ze strony organów państwa, a na więcej – gospodarczej swobody. Chodzi – jak zawsze – o to, by państwo nie przeszkadzało, a zaczęło pomagać – przez brak zbytniej ingerencji ze strony jego organów oraz samych polityków. W tym oczekiwaniu obywatelska cierpliwość wystawiona jest już na wielką próbę.